Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film oparty na faktach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film oparty na faktach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 października 2014

Grace księżna Monako – nie bajkowa historia? Czyli nieudany wyścig po Oscara

Mówi się, że życie pisze najlepsze scenariusze. Może to i prawda, a kolejne filmy pokazujące historie sławnych, znanych, wizjonerów, traktujące o reżyserach, aktorach, politykach czy projektantach nie powinny dziwić w czasach, kiedy 90% filmów oglądanych przez nas na wielkim ekranie są na podstawie…powieści, komiksu, gry, czy prawdziwej historii jak to jest w przypadku filmu Grace księżna Monako.
Recenzent Filmwebu przy okazji oceniania filmu Yves Saint Laurent wspomina, że Quentin Tarantino  w jednym z wywiadów, stwierdza, że nie lubi całego biograficznego gatunku i radził: Jeśli chcesz zrobić film o Elvisie, zrób film o jednym dniu z życia Elvisa i niewątpliwie miał rację.
Grace Kelly była aktorką, ulubienicą Hollywood, zdobywczynią Oskara za rolę w Dziewczynie z prowincji, była też księżną Monako. Chwała za to Olivierowi Dahanowi, że na ekranie pokazał nam jedynie krótki wycinek z życia Grece nie próbując pokazać wszystkiego, bo zwyczajnie w ciągu stu dwudziestu minut się nie da (co jest słabością wielu filmów biograficznych).



Trudno stwierdzić, czy był to najciekawszy wycinek, jaki można było pokazać z życia Grace, niemniej jakiś pomysł na film był i starano się go ciągnąć przez cały seans rozpoczynając historie cytatem:

Koncept mojego życia jako bajki sam w sobie jest bajką

gdyż oglądamy Grace nie jako aktorkę i gwiazdę Hollywood, ale jako Księżnę Monako trzymaną „w złotej klatce” gdzie nie wolno jej podnosić rzeczy z podłogi, trzeba uważać co się mówi na przyjęciach, jakie kwiaty każe się wstawić do wazonu, służba konspiruje, a wymarzony książę jest zajęty polityką w trudnym dla kraju momencie. Motyw ułudy historii z bajki przewija się przez cały film, gdy Grace ogląda swój bajkowy ślub, gdy jej życie wcale takie bajkowe okazuje się nie być.

Niestety pokazuje nam się tu też schemat „dziewczyny z ludu” poślubionej arystokracie, która w pewnym momencie postanawia nauczyć się zwyczajów swojej nowej ojczyzny (mając za pomocników wiernego klechę i guru etykiety) i pokazuje, że potorfi być prawdziwą księżną Monako (kłania się schemat niczym z historii o Dianie, Księżniczki Sissi i wielu innych). Niestety ten watek wypada słabo, zwłaszcza w kontekście tego, że chwile, których oglądamy Grace była ona już księżną od lat pięciu, a przemiany i spektakularnego „wyuczonego” zachowania w drugiej części filmu trudno się doszukać.

To też historia kobiety mającej swoje zdanie w iście amerykańskim stylu, a odrzuciwszy propozycje zagrania głównej roli w nowym filmie Alfreda Hitchcocka Marnie wybiera inną rolę : księżnej Monako i staje się wsparciem dla męża monarchy, którego nie mogła zostawić, nawet gdyby tego chciała.

Fabularnie mamy więc niestety zlepek kilku wątków: rozdarcie Grace między tym kim była (aktorką) a kim powinna starać się być (księżną), obrazy adaptacji do nowej roli, polityczne tło i zaangażowanie w politykę oraz spiski pałacowe. Udało się wybrać krótki wycinek z biografii Grace Kelly, ale nie udało się reżyserowi i  scenarzyście wybrać jednego wątku.

W filmie Dahan zastosował wręcz już nudny i tak zestandaryzowany sposób sceny otwarcia filmu biograficznego kiedy to naszą postać historyczną oglądamy wpierw z daleka, wśród ludzi, nie widząc twarzy,  budując napięcie do momentu, gdy zobaczymy głównego bohatera (bardzo podobne do początkowych ujęć np. z filmu Diana). Reżyser starał się też nieco urozmaicić obraz drgającą kamerą, momentami, w których bohaterowie oglądają prawdziwe zapisy wydarzeń, ale film niestety pozostał liniowy pokazując nam punkt po punkcie kolejne wydarzenia aż do finałowej sceny przemówienia Grace na Balu Charytatywnym Czerwonego Krzyża.

Niestety oglądając w głównej roli Nikole Kidman, wciąż widzi się Nicole Kidman, a nie księżnę Monako. W tej kreacji brakuje znacznie oderwania się i upodobnienia do odtwarzanej postaci historycznej (z czym poradzili sobie inni aktorzy w filmach biograficznych), może to niewystarczający warsztat Kidman, może Grace nie była też aż tak charakterystyczną postacią której można naśladować sposób chodzenia (patrz Jobs) czy śmiech (patrz Marylin Monroe). Podglądanie prób aktorskich Kelly przed lustrem w wydaniu Kidman również nie porywa.
Nieco lepiej wypada Tim Roth (Magia Kłamstwa) jako książę Rainer, ale zdecydowanie w filmie tym nikt nie błyszczy.


Mówiło się w kontekście tej produkcji o nagrodach, o Oscarach. Marne szanse. Można obejrzeć, ale nic wyjątkowego 6/10.

niedziela, 19 października 2014

Dracula Untold – historia nieznana?

Wampiry w kinie wciąż są nieśmiertelne. Ponad dwadzieścia lat minęło od daty premiery klasycznego już dziś filmu Coppoli, który to przedstawił Hrabię Draculę popkulturze. Coppola na potrzeby filmu zrobił z Draculi może nie tak romantyczną i niewinną istotę jak obecnie lansowana jest ona w filmach dla nastolatków (po raz setny zmuszona jestem przypomnieć tu w kontekście wampirów i ich współczesnego wizerunku niestety o Sadze Zmierzch), choć i u Coppoli Dracula był postacią, która pamiętała o swej ludzkiej naturze tęsknie pożądając niewinnej Miny, która przypominała mu ukochaną, ale jednak był „potworem”. Coppola znacznie odbiegł od historii przedstawionej przez Bram Stokera w powieści Dracula, która była podstawą filmu z 1992 roku (choć mało kto pewnie o tym wie i pamięta? To powieść epistolarna – ma postać listów Jonatana pisanych do Miny i Dracula jest tam postacią mroczną, tajemniczą i z cała pewnością nie za wiele wiadomo o jego przeszłości). Jednak Bram Stoker imienia Dracula nie wyssał z palca i zaczerpnął ten przydomek od postaci historycznej jaką był Vlad Palownik zwany Draco (z zakonu smoka, przekształconego na Draculę - syn diabła). Vlad w historii zapisał się krwawym wyczynem nabijając na pale swoich licznych wrogów i to właśnie historia Vlada Palownika w filmie Dracula Untold jest nam przedstawiona (swoista geneza Draculi).



Na potrzeby filmu wykorzystano kilka historycznych faktów. Vlad był księciem, składał coroczny haracz, sułtana zażądał chłopców z ziem Vlada, którzy mieli zostać Janczarami, Vlad nabił na Pale swoich wrogów – patrz Las Pali. Z dobrodziejstw popkultury zachowano również kanoniczne wampiryczne cechy: pragnienie krwi, wrażliwość na dzienne światło i srebro i nawet zdolność Draculi do zamieniania się w chmurę nietoperzy. Jednak na potrzeby filmu zrobiono z Vlada postać honorową, gotową zrobić wszystko dla swoich ludzi, męża i ojca kochającego swą rodzinę. Na ekranie nie było wcześniej„oryginalnej” historii Vlada, ponieważ kino sobie upodobało jego bardziej wampirzą formę, ale Dracula Untold nie stanie się filmem „wyjątkowym” (choć jednoznacznie producenci, reżyser liczą na kontynuację, sądzę, że to płonne nadzieje). Niestety postaci pokazane w filmie są zbyt papierowe i „jednoznaczne”. Reżyser a priori każe nam przyjąć, że Vlad jest postacią z mroczną przeszłością nie czującą nic zabijając swych wrogów (był Janczarem). Na ekranie niestety tego nie widać. Jawi nam się on bardziej jako uległy i tak uczuciowy władca, niepotrafiący oddać syna w niewolę i co kilkanaście minut wyznaje swojej żonie uczucia a nie nieczujący nic wojownik zabijający tysiące wrogów. W tym filmie zabrakło wyrazistej przemiany w postać wampira, ponieważ Vład jawi się raczej jako bohater romantyczny (przeklęty, nie mający wyjścia, skłonny do poświęceń dla „ojczyzny” bliżej mu do Edwarta Cullena niż Draculi). Fabuła jest zbyt liniowa i banalna niestety. Pokazać więzi rodzinne, zło czające się w górach, zmusić bohatera do drastycznych poczynań (wystarczy jeden powód), wyznaczyć jasno mu czas na ukończenie zadania, pokazać wyklęcie przez zabobonnych mieszkańców (scena bezsensowna, po próbie zamordowania Vlada przez mnicha, ten wygłasza mowę, w której przypomina poddanym, że żyją tylko niemu i jego poświeceniu i idzie na do zamku i wszyscy to akceptują?), finałowa walka z wrogiem. Film trwa jedyne 90 minut! (jak na obecne standardy znacznie poniżej przeciętnej) i reżyser punkt po punkcie pokazuje fabularne klisze. Wizualnie próbowano obraz nieco urozmaicić ujęciami walki z odbić miecza, upadającego wojownika, ale jak na obecne standardy przeistaczanie się bohatera w chmurę nietoperzy nie jest już niczym „wyjątkowym”. Wszystko było takie nijakie i banalne, że jak to zwykle w takich przypadkach szkoda niewykorzystanego potencjału. Sam pomysł był dobry, ale zabrakło tu bardziej nieliniowej narracji (można było dodać trochę więcej bardziej krwawych retrospekcji by uwiarygodnić postać Vlada, jakoś wyjaśnić chęć oddanie się pod rozkazy Vlada „sługusa”, dodać przerażenie żony zamiast nielogicznej akceptacji tego, ze mąż zmienia się w potwora i wiele, wiele innych),. Nieco ciekawszą postawiał jest „potwór z jaskini”, który więcej ciekawego zapowiada, niż potem dzieje się na ekranie (scena w jaskini chyba najciekawsza z całego filmu). Można obejrzeć (tylko 90 minut), dla fanów, ale nic wyjątkowego, kontynuacji na pewno nie będzie… 6/10.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Żona Vlada zostaje zepchnięta w przepaść, nie udaje mu się jej uratować. Syn Vlada zostaje porwany. Żona po upadku z ogromnej wysokości! wciąż żyje na tyle długo by namówić Vlada by napił się jej krwi i dokonał zemsty i uratował ich syna. (Balnie, ktoś musiał zginąć mu bliski by do końca poddał się sile ciemności – kolejny punkt desperacji). Vlad się przeistacza i uzyskuje jeszcze większą moc. Wyrusza za sułtanem, ale wcześniej tworzy z pozostałych swoich towarzyszy wampiry, by mogli wspólnie dokonać zemsty. W finałowej scenie Vlad walczy z sułtanem, ale by miało to sens namiot sułtana jest wypełniony srebrem, który osłabia Dravculę. Vlad zabija sułtana, ratuje syna. Jednak gdy wychodzi z namiotu otaczają go jego „wampirzy” sojusznicy przekonani, że chłopca tez trzeba zabić bo nie jest taki jak oni. Chłopca ratuje mnich (broni się przed wampirami krzyżem) Vlad oddaje pod opiekę mnicha syna i rozpościera niebo by wszystkie wampiry włącznie z nim spłonęły. Syn Vlada zostaje koronowany. Sługus zaciąga spopielone szczątki Vlada pod namiot i daje mu się napić krwi. W kolejnej scenie widzimy współczesny miasto! I Vlada przechadzającego się ulicą dostrzegającego kobietę podobną do zmarłej żony. Zagaduje ją słowami, które powtarzała mu żona. Pierwotny wampir, który przemienił Vlada ubrany w garnitur wstaje i mówi, że gra się rozpoczyna…Koniec, a szanse na dokończenie historii są jak sądzę zerowe…


niedziela, 18 maja 2014

Obrońcy skarbów – historyk sztuki też żołnierz

Film w reżyserii George` Clooney`a, według scenariusza George`a (wraz z Greantem Heslov`em) produkcji George`a Clooney`a  i z Georgem Clooney`em (w roli pierwszoplanowej). Historia się powtarza. Jeśli George Clooney podejmuje się reżyserii filmu, to ma nad nim pełną kontrolę, taką jaką miał przy kręceniu Id marcowych i Miłosnych Gierek. George wypracował sobie nazwisko (kto pamięta, że zaczynał w Ostrym Dyżurze i grał Batmana w wersji przed Nolanowskiej?) i trzeba mu przyznać, że ma też „nosa” do filmów nagradzanych na rozdaniu Globów i Oscarach (Spadkobiercy, Grawitacja) i zdecydowanie ostatnio podejmuje się udziału w produkcjach nieco „ambitniejszych”. Jednak George nie jest dla mnie ani aktorem, ani reżyserem, którego filmy automatycznie znajdują się na mojej liście „must see” (choć zazwyczaj mi się podobają). Obrońców Skarbów obejrzałam dopiero zachęcona, przeczytawszy recenzję filmu na jednym z blogów. Jeśli miałabym wymieniać jakiś gatunek filmowy za którym nie przepadam, to jest to zdecydowanie kino wojenne i westerny. 



Niemniej jednak doczytawszy, że nowy film Clooney`a jest opowieścią z pogranicza walk na froncie poświęconą historykom sztuki, którzy podjęli się misji odzyskania skradzionych dzieł sztuki, zdecydowałam się go obejrzeć (ponieważ mam słabość do filmów dotyczących historii dzieł sztuki). Monuments Men niczym Indiana Jones w Poszukiwaczach zaginionej Arki i Ostatniej krucjacie chcą powstrzymać nazistów przed zagarnięciem dziedzictwa kulturowego Europy. Jest to historia oparta na faktach, o dzielnych nie-żołnierzach, a architektach, historykach, kustoszach muzeów, którzy w trakcie filmu będą nam pomagali odpowiedzieć na pytanie: czy warto w obliczu działań wojennych, gdzie powinno się liczyć głównie ludzkie życie, umierać za obrazy czy rzeźby? Główny bohater Frank Stokes udzieli nam odpowiedzi na to pytanie w ostatnich minutach seansu. Film pod względem historii z ogromnym potencjałem, gdzie sprawnie na początku jak w wielu innych filmach pokazano powstanie drużyny (sekwencja scen, gdzie Stokes odwiedza ekspertów sztuki proponując im udział w misji ratowania dzieł sztuki), krótkie trening wojskowy, przedstawienie postaci, poprzez nieco dłużącą się środkową część filmu, w której poszczególne misje członków Obrońców skarbów wydają się niesprawnie połączonymi właściwie niezwiązanymi ze sobą scenami (wstawki z historii Jamesa nużące, przydługi wątek Claire) z bardzo dobrym zakończeniem w końcu łączącym ze sobą wszystkie środkowe dłużące się wydarzenia. Niestety zabrakło w tym filmie w pewnym momencie napięcia, presji czasu, którą dostajemy dopiero pod koniec. Przypuszczam, że film o wiele lepiej by się oglądało, jeśli by wyeliminować kilka pobocznych wątków (Wątek Jean Clauda i Waltera – scena z ucieczką w Dżipie dobra, ale nieistotna dla samego zakończenia historii, skrócenie wątku Clarie – zwłaszcza jej relacji z Jamesem). W filmie jest wiele wzruszających scen, pełnych patriotyzmu, poświecenia i patosu (należę do grona raczej zwolenników niż przeciwników próby gry na emocjach widza), ale również humoru (bardzo dobra scena w domku nazisty, nadepnięcia na minę). Pojedynczo oceniając te sceny właściwie niczego im nie brakuje. Plejada gwiazd jaką zgromadził w tej produkcji Clooney robi wrażenie. Nie zawodzi Bill Murray, John Gudman i Bob Balaban w wątkach komediowych. Hugh Bonneville (znany głównie z Downtown Abbey) wie jak grać człowieka honorowego, a Cate Blanchett ponownie udowadnia, że potrafi wcielać się w różne postaci i zdecydowanie nie jest to aktorka „jednego typu roli”. Ponownie nie zachwycił mnie Jean Dujardin (zdobywca Oscara za Artystę), który ostatnio dostaje szanse w głośnych amerykańskich produkcjach w rolach drugoplanowych (Wilk z Wall Street), ale moim zdaniem tymi rolami nie zaprzecza mojej opinii, że występ w Artyście to był jego jednorazowy „popis”.  
Oglądając ten film myślałam „jaki on długi”, gdy skończyłam go oglądać: „jednak był dobry”. Jest to ciekawa historia  w znakomitej obsadzie, zawiódł tu niestety najprawdopodobniej przydługi scenariusz, brak napięcia. Polecam, ale trzeba dać tej produkcji szansę i niejako „zmusić się” do obejrzenia filmu do końca. 7/10.


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Donald Ginie próbując powstrzymać nazistów przed kradzieżą Madonny. Jaen Claude ginie postrzelony w trakcie ucieczki gdy on i Walter natknęli się na odział nazistów. Frank analizując mapy odkrywa, że magazyny dzieł sztuki nazistów znajdowały się w kopalniach poszczególnych miast, do których wywożono skradzione obrazy i rzeźby. Po tym jak odzyskano pierwsze dzieła i oddano je prawowitym właścicielom Clarie ostatecznie zdradza Jamesowi jakie obrazy zostały skradzione z Paryża (oznaczyła rzeźby czerwonymi kropkami). Richard i Preston przypadkowo odwiedzają dom nazisty, który okradł muzeum paryskie (znajdują u niego na ścianach skradzione obrazy) i dowiadują się gdzie została wywieziona reszta. Wojna się kończy, amerykanie się wycofują przed armią radziecką. Obrońcy skarbów zmierzają od ostatniej kopalni. W ostatniej chwili udaje im się odnaleźć Madonnę i cykl obrazów skradziony z kościoła. Stokes zdaje ostateczny raport przed komisją dotyczący uratowanych dzieł sztuki. Komisja pyta go, czy było warto? Stokes w imieniu Donalda odpowiada, że jest przekonany iż tak, było warto. Po latach Stokes odwiedza Brugię by zobaczyć ponownie Madonnę, rzeźbę, którą tak desperacko chciał odzyskać. Koniec.

niedziela, 22 grudnia 2013

Kamerdyner – służąc amerykańskim prezydentom

O Kamerdynerze po raz pierwszy usłyszałam w kontekście gwarantowanych nominacji do Oscarów dobre kilka miesięcy temu i wtedy to też ta pozycja trafiła na moją listę filmów do obejrzenia w tym roku. Im bliżej jednak było daty premiery tym mniej o tym filmie „w sieci” się wspominało. Głosy dotyczące Oscarów ucichły po ogłoszeniu nominacji do Globów na rzecz Zniewolonego 12 years of Slave, American Hustle, Grawitacji, Kapitana Philipsa, Wilka z Wall Streeet i Tajemnicy Filomeny. Niestety również Kamerdyner trafia na polskie ekrany moim zdaniem w niefortunnym momencie, kiedy to pół roku po amerykańskiej premierze dopiero doczekaliśmy się tego filmu w naszych kinach, gdy Stanach pojawił się już na Blu-Ray i do tego o w okresie świątecznym, kiedy, nie oszukujmy się, przez najbliższe jeszcze kolejne dwa lata rządzić będzie Hobbit.



Niemniej nie zmienia to faktu, że Kamerdyner posiada większość cech filmu, który powinien zwrócić uwagę Akademii. Obsada tej produkcji robi ogromne wrażenie i była obiecująca. Począwszy od grającego główną rolę Foresta Whitakera (Cecil Gaines), laureat Oscara za Ostatniego króla Szkocji z 2006 roku), poprzez małe role tak znanych aktorów jak Robin Williams (Dwight D. Eisenhower), Allan Rickman (Ronald Regan) i Jane Fondy (Nancy Regan) i rozpoznawalne twarze Johna Cusacka (Rihard Nixon), Cuby Downing JR.`a, Terrenca Howarda i Jamesa Mardsena. Co sprawniejsze oko kinomaniaka mogło dostrzec małą rólkę Mariah Carey, a z całą pewnością nie trzeba nikomu przedstawiać również Oparhy Winfrey i Leny`ego Krawitza (Takie czasy. Piosenkarze okazują się całkiem dobrymi aktorami. Karavitz ma dobrą kreację w Igrzyskach śmierci a i w Kamerdynerze nie mam mu nic do zarzucenia) czy Jasse Williamsa (aktor znany z serialu Chirurdzy). Niemniej jednak żadna z tych ról moim zdaniem nie była wyjątkowa i Withaker w tym filmie nie miał sceny, o której mogłabym stwierdzić: „to było to” (Co w zeszłym roku mogłam z łatwością powiedzieć o kreacji Anne Hathaway w Nędznikach). Akademia nagradza dosyć często filmy na wskroś Amerykańskie, często będące głosem w „istotnej sprawie” (zeszłoroczne Argo, sprzed kilku lat Hurt Locker, Miasto gniewu), w których to reżyserzy wiedzą jak grać na emocjach i uczuciach widza, nie dziwiły mnie wiec wczesne oscarowe spekulacje. Lee Danielsowi reżyserowi Kamerdynera momentami udaje się poruszyć i wstrząsnąć widzem (scena na plantacji, śmierć Kennedy`ego, krawat, pogodzenie się z synem), ale jednak opowieść Cecila nieco się dłuży i domyślam się, że w kwestii „niewolnictwa” w tym roku jednak prym wieść będzie film Zniewolony (choć jeszcze go nie wiedziałam, ale zgarnięte nominacje do Globów mówią same za siebie).
W Kamerdynerze Cecil Gaines opowiada nam historię swojego życia, począwszy od 1926, kiedy to pracował na plantacji bawełny (Kiedy to Każdy biały człowiek mógł w każdej chwili zbić jednego z nas i nie byłby za to ukarany. Prawo nie było po naszej stronie. Prawo było przeciwko nam), potem stał się „domowym murzynem”, później pomocnikiem hotelowym, by ostatecznie dostać posadę kamerdynera w Białym domu i usługiwać kolejnym prezydentom Stanów Zjednoczonych.
Lubię narrację pierwszoosobową w filmach i jej często retrospektywny charakter, gdy bohater opowiada swoją historię z perspektywy wielu już minionych lat. Momentami w konstrukcji Kamerdyner przypominał mi Foresta Gumpa (mniej więcej ten sam okres w historii Sanów Zjednoczonych. Podobnie jak w historii Foresta w Kamerdynerze pojawiają się takie postaci jak Keneddy, Regan, ruch Czarnych Panter, wątki dotyczące w wojny w Wietnamie).  Opowieść Ceclila wbrew zapowiedziom jest raczej historią walki o równouprawnienie Afroamerykanów i podejmuje temat dyskryminacji rasowej niż filmem pokazującym pracę Kamerdynera w Białym Domu. Poznajemy historię rodziny Cecila. W znacznym stopniu ważną rolę odgrywają w tym filmie jego synowie: jeden wybrał drogę walki o równouprawnienie i tym samym walkę z własnym krajem, gdy drugi wybrał walkę dla kraju jadąc na wojnę w Wietnamie, podczas gdy przez kolejne lata Cecil służył kolejnym prezydentom starając się być niezauważalnym podczas istotnych politycznych rozmów w gabinecie owalnym. Niezmienność charakteru pracy Cecila, kolejni prezydenci pojawiający się w gabinecie w filmie tym zostały skontrastowane ze zmieniającymi się czasami i prawem przez te wszystkie lata.
Cecil podawał herbatę za kadencji kolejnych prezydentów Stanów Zjednoczonych:
W 1961 roku Dwight David Eisenhower
W 1961 John Fitzgerald Kennede
Od 1963  Johnson
Od 1969 Nixon
Za rządów Regana jego żona doczekała momentu, gdy mąż zabrał ja w końcu do białego domu na kolację, i wkrótce potem za prezydentury Regana zrezygnował z posady. Cecil na początku żył w świecie, kiedy biały człowiek mógł go bez żadnych konsekwencji zabić, by u kresu życia doczekać się spotkania z Prezydentem Barakiem Obamą, co stanowi zręczną filmową klamrę w tej produkcji. Jednak, film nie ma tego „czegoś”, co wprawiłoby mnie w zachwyt, poruszyło. Jest poprawny, zwyczajnie dobry 7/10.


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Syn Cecila walczący przez całe życie o równouprawnienie, z czym nie zgadzał się Cecil, porzuca Czarne Pantery, idzie na studia, zostaje kongresmenem. W końcu Cecil dostrzega jak ważna była walka jego syna i się z nim godzi biorąc udział w kolejnym wiecu. Gloria umiera. Cecil na spotkanie z prezydentem Barakiem Obama ubiera krawat Prezydenta Kennedy`ego i dokładnie zna drogę do gabinetu owalnego gdy przychodzi ponowie do Białego Domu.











czwartek, 21 listopada 2013

Kapitan Phillips – somalijscy piraci, Tom Hanks i ekranowy realizm

Po obejrzeniu setek amerykańskich filmów sensacyjnych zazwyczaj oczekujemy, że w obliczu zagrożenia jeden bohater (najczęściej będący byłym komandosem) jest w stanie pokonać odział uzbrojonych przestępców w pojedynkę bez mrugnięcia okiem zabijając kolejnych łotrów nie odnosząc żadnych ran, bohatersko ratując z opresji porwaną córkę lub najlepiej prezydenta (Olimp w Ogniu, Świat w płomieniach, Uprowadzona, Bourne, Mission Imposible, Szklana Pułapka). Nie wzrusza wtedy nikogo gdy w ferworze walki czasami ginie jeden lub dwóch cywilów będących jedynie tłem zmagań niezniszczalnego Marine.
Nigdy nie byłam zwolenniczką filmów kręconych na faktach ceniąc bardziej wytwory reżyserskiej wyobraźni, trawiąc bardziej ubarwiane historię niźli te dokumentalnie dramaty, z których często wieje zwyczajnie nudą  (Jak to mistrz suspensu Hitchcock Alfred stwierdził: film to życie z którego wymazano plamy nudy). Jednak Kapitan Philips będący filmem nakręconym na podstawie prawdziwej historii okazał się dla mnie produkcją trzymającą w napięciu przez ponad 120 minut (Ostatnio tak uważnie śledziłam bieg wydarzeń w Połączeniu z Halle Berry - polecam). Nie było w tym filmie gwarancji hollywoodzkiego happy endu, nie było niepokonanego bohatera. Kino sprawiło, że oglądając na ekranie statek towarowy płynący w pobliżu wybrzeża Somali, którego załoga składa się z kilkudziesięciu całkiem krzepkich marynarzy nie mogłam się nadziwić, że czują oni lek przed czterema wychudłymi Somalijskimi piratami uzbrojonymi w karabiny, ale to raczej właśnie tak się dzieje w tego typu sytuacjach w prawdziwym świecie.

Plakat slaby, kojarzy się raczej z kolejną tanią sensacją, a nie dramatem bezbronnych ludzi zaatakowanych przez piratów.


Doświadczony Kapitan Philips dostaje informację o zagrożeniu piractwem na trasie statku towarowego, gdy okazuje się, podczas ćwiczeń, że naprawdę dwie łodzie zbliżają się w kierunku frachtowca. W spojrzeniach marynarzy widać głównie strach, ponieważ są bezbronni (I znowu pytanie: Jak to możliwe, że na takim wielkim statku nie ma nikogo, kto miałby broń?). Postępują zgodnie z procedurami, zawiadamiają straż, ale będąc na pełnym morzu ratunek nie nadejdzie w mgnieniu oka. Kapitan najpierw blefuje (mówi przez radio, które było podsłuchiwane, że zbliża się do nich straż przybrzeżna tym samym zniechęcając do pościgu jedna z dwóch pirackich łódek). Prawdziwi ludzie czują respekt, gdy ktoś przykłada im broń do głowy. Kapitan robi wszystko, by nikomu nie stała się krzywda, chce oddać pieniądze, które znajdują się w sejfie, chce polubownie rozwiązać sytuację. Sami piraci to też nie są tylko bezwzględni ludzie trzymający karabiny. Kapitan Somalijczyków ma swoich szefów wie, że musi wrócić z czymś więcej niż z 30 tysiącami dolarów (Świetna rola. Gra spojrzeń, wewnętrzna walka rysująca się na twarzy tego wychudłego Somalijczyka i bezwzględność wynikająca z brutalnego świata, z którego pochodzi, by przeżyć trzeba być twardym). Kilkudziesięciu mężczyzn zlęknionych chowa się w kotłowni. W tym filmie oglądamy realizm podług którego liczy się ludzkie życie i nikt nie zgrywa bohatera usiłując obezwładnić uzbrojonego pirata. W oczach tych ludzi widać było strach.  Sytuacja w której ratunek nie nadchodzi błyskawicznie sprawia, że trzeba grać na zwłokę. Procedury na takiej łodzi są proste, należy uruchomić węże z wodą uniemożliwiające piratom abordaż. Zatrzymać silniki, chować się w ładowni, nie prowokować piratów. Ujęcia kamery, trzęsący się obraz, bliskie ujęcia twarzy potęgują wrażenie początkowej dokumentalności tego filmu.
Końcowe sceny i gra Toma Hanksa z pewnością zasługują na uwagę i kto wie, może nominują go do Oscara bo widziałam o wiele więcej gorszych kreacji, które nie wiedzieć czemu były wyróżniane. Bardzo dobry film, mocne 8/10. Polecam, raczej dla wszystkich.


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Na końcu Philips jest uwięziony w szalupie z trzema Somalijczykami podczas gdy ich szef udał się na łódź amerykanów by negocjować. Marines czekali na moment by wszyscy oprawcy w jednym momencie byli wystawieni na strzał. W krytycznym momencie gdy zdesperowani Somalijczycy postanawiają wykonać egzekucję i zabić Philipsa Marines mają wszystkich piratów na muszce i na rozkaz zostają zastrzeleni. Philips oszołomiony z zasłoniętymi oczami nie wie co się wydarzyło. Zostaje uratowany, poprowadzony na statek, słyszy ciągle pytanie czy nic mu nie jest, każą mu oddychać, a on jest w szoku i nie może wydać z siebie głosu (najlepsze sceny Hanksa w tym filmie). Somalijczyka pojmano, wsadzono na 30 lat do amerykańskiego wiezienia.


poniedziałek, 11 lutego 2013

Niemożliwe - czy przeżyli, czy się odnajdą?


Hollywood lubi prawdziwe historie, widzowie chyba też? Na mnie specjalnie nie działa nagłówek „to zdarzyło się naprawdę” zwłaszcza, jak producenci usiłują mi wcisnąć coś takiego, kiedy serwują mi na ekranie horror, filmy o egzorcyzmach. Właściwie to wolę „zawieszenie niewiary” i uznać, że to co oglądam jest fantazją, niż brać to, co widzę na ekranie na serio (Tak, lubię SF). Jednak jest także maksyma, że to życie pisze najlepsze historie. Jest to dla mnie do przyjęcia, kiedy na ekranie ma się rozgrywać dramat, dramat ludzki. Ma to tę zaletę, że w tego typu historiach nie mamy hollywoodzkiej gwarancji z serii „i żyli długo”, „jednak wszystko się udało”,  ponieważ, jak wiemy takie rzeczy to tylko w bajkach (tych także filmowych). 

Niemożliwe jest inspirowane prawdziwymi losami pewnej rodziny, która padała ofiarą Tsunami w Tajlandii w 2004 roku. Ona, on, trzech synów. W pięknym hotelu w słońcu bawili się przy basenie. Wtem zalała ich ogromna fala i rozdzieliła. W dobrym filmie, jakim jest Niemożliwe, kiedy już za nami jest spektakularny obraz Tsunami zalewającego wybrzeże, obrazy niszczonych budynków i ranionych ludzi, to co nam pozostaje i sprawia, że wciąż z uwagą śledzimy fabułę rozgrywającą się na naszych oczach, to czekanie na odpowiedź na pytanie, z którym jesteśmy pozostawieni: Czy tej rodzinie uda się przeżyć, czy się odnajdą? Jak zaznaczyłam na wstępie w przypadku historii prawdziwych,  wcale nie jest takie pewne, czy wszyscy przeżyją. Matka  (Naomi Watts) i najstarszy syn Lukas nie wiedzą, czy Ojciec (Ewan McGregor) i dwaj młodsi bracia Lucasa przeżyli. Właściwie chłopak, jest pewien, że został z tylko z ciężko ranną mamą.

Naomi Watts została nominowana do Oscara za tę rolę. Kiedy jednak przypominam sobie zeszłoroczną wygraną Meryl Streep (Żelazna Dama), czy choćby Michelle Williams z filmu Mój tydzień z Marylin, to myślę sobie, że Naomi nie pokazała nic wyjątkowego, nic tak zapadającego w pamięć, by zdobyć statuetkę (Jednak nie widzę też poważnej konkurentki w tym roku, chociaż nie widziałam jeszcze pozostałych filmów, z których aktorki zostały wyróżnione). Już chłopiec grający rolę Lucasa miał w tym filmie o wiele więcej do pokazania, naprawdę świetnie wypadł. To w jego oczach widać było smutek, przerażenie, prawdziwe emocje.

Film trzyma w napięciu (wspomniane pytanie: czy przeżyli? Czy się odnajdą?), ukazuje ludzki dramat. Kilka wzruszających momentów ludzkiej empatii  gdy jedni straciwszy wszystko, współczując potrafią użyczyć telefonu, podczas gdy inni, mający się całkiem nieźle, nam tego odmawiają. Ciągły niepokój o życie, o los bliskich towarzyszy nam na ekranie. Sceny szukania członków rodziny w szpitalu, wysiłki Lucasa, by pomóc innym. Wspaniała historia o przetrwaniu i współczuciu. Mnie bardziej urzekły dramaty ludzi, niźli pokazane Tsunami. Film bardzo dobry, te prawie dwie godziny minęły mi niezwykle szybko i byłam zdziwiona, że to już koniec. Dla wszystkich. Polecam. Troszkę słabe, ale jednak 8/10.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Lucas po tym jak wraca do łóżka matki po tym jak pomógł w poszukiwaniach innym pacjentom, zastaje puste łóżko  Pracownicy szpitala odprowadzają go do „sierocińca” przed szpitalem. Chłopiec jest przekonany, że matka umarła. Ojciec szuka Lucasa i żony, wraca do hotelu. Dwaj jego młodsi synowie przeżyli, są razem (jeden był na drzewie, drugi na palmie). Ojciec wysyła dwóch chłopców w góry, gdzie są ewakuowani wszyscy, którzy przeżyli, ale sam postawia zostać, by szukać żony i Lucasa. Jeździ po hotelach i innych schronach. Lucasowi opieka szpitalna pokazuje kilka drobiazgów (zegarek, kolczyki, obrączka) i pytają, czy je poznaje. Okazuje się, ze zaszła pomyłka, matka Lucasa żyje, była na operacji. Chłopiec zostaje przy matce, która ma mieć kolejną operację na nogę jak tylko nabierze więcej sił. Ojciec przeszukuje szpital, w którym jest żona i Lucas, nie znajduje ich na liście (mija się właściwie z Lucasem), wychodzi i idzie do samochodu, którym przyjechał. Lucas go w oddali dostrzega i biegnie za nim. Zgubił go, w akcie rozpaczy krzyczy „tato” . Usłyszeli go dwaj jego młodsi bracia, którzy na chwilę wysiedli z ciężarówki, którą byli przewożeni. Biegną do Lucasa, wpadają sobie bracia w ramiona. W tym momencie Lucas widzi ojca. Wszyscy wpadają sobie w ramiona. Rodzina jednoczy się nad łóżkiem matki. Kobieta ma kolejną operację. Przeżyła. Wracają wszyscy razem do domu samolotem. KONIEC.

czwartek, 13 września 2012

I że cię nie opuszczę – wyciskacz łez poproszę…


Są takie filmy, że już po kilku pierwszych scenach wiem, że to będzie to. Potem już tylko upewniam się, że tak, ten film jest dobry. Nie jest to kwestia ani obsady (Choć w tym filmie gra Rachel McAdams (Zaklęci w czasie z nią to jeden z filmów, za które mogę dać głowę), reżysera (początkujący). To czasami kwestia przedstawionej historii i prostoty z jaką się nam ją przedstawia.


Mam pewną teorię. Moja teoria dotyczy pewnych chwil, tych wstrząsających…Według mojej teorii te przełomowe chwile, te rozbłyski o wielkim natężeniu stawiające nasze życie na głowie określają w rzeczywistości to kim jesteśmy.

Chodzi o to, że każdy z nas jest sumą chwil, które kiedykolwiek przeżyliśmy ze wszystkimi znanymi nam osobami i właśnie te chwile tworzą naszą historie. Osobista lista wspomnieniowych hitów, które odtwarzamy w pamięci wciąż i wciąż od nowa.

Wiec taka jest moja teoria. Przełomowe chwile określają to kim jesteśmy. Jednego nie przewidziałem…co będzie, jeśli się okaże, że żadnej z nich nie pamiętasz?


Dwoje ludzi wymienia spojrzenia na lotnisku. Idze razem na drinka. Ona pracuje w barze, on stoi na deszczu i patrzy na nią czekając aż skończy pracę. Biorą ślub.

Ślubuję pomagać ci, kochać życie, tulić cię z czułością i mieć cierpliwość, której potrzeba w miłości. Mówić gdy słowa są potrzebne i milczeć wspólnie, gdy nie są. Zgadzać się na niezgodę, na tort czekoladowy i grzać się ciepłem twojego serca, które zawsze będzie mi domem.

Ślubuję kochać cię namiętnie pod każdą postacią, teraz i na zawsze ślubuję i nigdy nie zapomnieć, że jest to miłość mojego życia i zawsze czuć w najgłębszych zakamarkach duszy, że niezależnie od wyzwań losu, które mogą nas rozdzielić, będziemy zawsze potrafili do siebie wrócić.

Paige i Leo są małżeństwem. I would do enything for love – ckliwy kawałek, z którego kpi żona, gdy mąż ją nuci. Jednak ich miłość zostanie poddana próbie. Mieli wypadek samochodowy. Paige straciła wspomnienia z ostatnich kilku lat. Page wie kim jest, jak się nazywa,  pamięta rodziców, studia, dzieciństwo. Paige nie pamięta jednak Leo…Leo musi jej przypomnieć co ich łączyło, a Paige musi odnaleźć siebie na nowo.


Przełomowa chwila. Wstrząs, którego potencjał generowania zmian rozchodzi się jak fala w nieprzewidziany sposób doprowadza do zderzenia się cząsteczek. Przybliża je do siebie, a innym nadaje pęd ku wielkim zmianom doprowadzając je w zaskakujące miejsca i na tym polega potęga tego rodzaju chwil. Nie potrafisz mimo największych starań zapanować nad tym jak na ciebie wpłyną, godzisz się by zderzające się cząsteczki lądowały gdzie popadnie i czekasz do kolejnego zdarzenia.


Prosty scenariusz, seria zwyczajnych wydarzeń. Gra aktorska bez wspinania się na wyżyny popisów. Jednak wzruszająca historia o zakończeniu przedziwnie prozaicznym. Ta historia wydarzyła się na prawdę. Bardzo dobry 8/10 Polecam!


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Leo się poddaje. Rozwodzą się. Paige próbuje wrócić do życia które pamięta. Studiuje prawo tak, jak chcieli rodzice. Dowiaduje się, że ojciec miał romans z jej koleżanką, ale mu wybacza. Jednak z czasem odkrywa, że to jednak sztuka ja interesuje, tworzy szkice na wykładach z prawa. Postanawia się wyprowadzić od rodziców. Pewnego wieczoru spotyka się z Leo i prosi go o drugą szansę. Informacja końcowa: Paige i Leo są szczęśliwym małżeństwem. Maja dzieci. Paige nigdy sobie nie przypomniała wydarzeń, które zatarły się w jej pamięci po wypadku.

wtorek, 10 lipca 2012

Na ratunek wielorybom – kino familijne na faktach w dobrym wydaniu


Od tysięcy lat mój lud żył na krańcu świata anonimowo, z dla od innych aż do chwili gdy świat się o nas dowiedział…


Trzy Walenie utknęły w przeręblu w drodze do morza. Podczas ich corocznej migracji lód zamarzł za wcześnie. Inuici wiedzieli, że walenie nie przeżyją. Reporter lokalnej stacji telewizyjnej kręcąc popisy na lodzie jednego z dzieciaków dostrzega w oddali wieloryby i dowiaduje się od miejscowych, że prawdopodobnie nie przeżyją. Kręci o tym skromny reportaż.

Lubię ten moment w filmach, kiedy pokazują jak ludzie się o czymś dowiadują. Taki krótki urywek spojrzeń ludzi oglądających niepozorny reportaż w telewizji, kiedy w ich spojrzeniu pojawia się ten błysk, w tle leci lekka optymistyczna melodia i już wiadomo, że będzie się działo coś wielkiego. Serca wielu zostały poruszone, wszystkim zacznie zależeć na Waleniach.
Asystentka prezydenta akurat oglądała wiadomości. Zrobiła notkę dla prezydenta. Inna kobieta potrafiła osiągnąć swój cel. To sztuka tak pokierować własnym mężem, by zrobił to co żona chciała, myśląc że to jego pomysł. Przedsiębiorca, by zrobić sobie dobry PR wysyła barkę by ratować Walenie. Działacze Greenpeace są gotowi na wszystko by pomóc. Drew Berrymore wciąż wygląda chwilami jak nastolatka w roli zapalonej obrończyni natury. Młoda dziennikarka bierze temat, którego nikt w redakcji nie chciał (Robienie materiału na Alasce-bardzo zimno) Inuici by  upolowali te Walenie i zjedli, taka jest kolej rzeczy w tych trudnych warunkach. Jednak świat się zainteresował i oni również muszą ulegnąć presji społecznej. Spojrzenie dziadka patrzącego na wnuka zainteresowanego współczesną technologią a nie kultywowaniem tradycji i tradycyjnym polowaniem. Dylematy małej społeczności i dziadka, który jednak rozumie presję świata. Także Inuici chcą ratować Walenie. Cały świat chce im pomóc, zaczynają wszyscy o tym mówić. Dziewczynka przygotowała referat o Wilmie, Fredzie i Bambamie (imiona jakie nadano Waleniom), tak samo jak reszta jej klasy. Zjechały się telewizje z całego świata. Zaangażował się prezydent. Dla większości była to sprawa Pr-owska. Sposób na reklamę, pokazanie się z dobrej strony. Dwóch przedsiębiorców pokazało swoją maszynę do rozmrażania, dziennikarka chciała się wybić, sztab prezydenta pokazać, że dbają o środowisko. Miejscowi zaczęli zarabiać na przyjezdnych. Stało się to sprawą międzynarodową, kiedy na pomoc Waleniom ruszyli sowieci (akcja filmu rozgrywa się w 1988 roku).

Na ratunek wielorybom to film oparty na faktach (na końcu filmu są pokazane urywki prawdziwych reportaży, przedstawione dalsze losy bohaterów). Ciepłe kino familijne, jednak nieprzesłodzone, pokazujące ludzkie przyziemne pobudki ludzi widzących tę sprawę jako możliwość dobrego pokazania się, zarobku. Jednak pod koniec wszystkim tak samo zależało na uratowaniu ssaków dla samego ratowania ich życia, tak samo jak od początku zapalonej działaczce Greenpeace. 
Film ma też znaną obsadę, może nie z imienia i nazwiska, ale wiele twarzy można skojarzyć (John Karasiński z Pożyczony narzeczony, To skomplikowane Licencja na miłość; Kristen Bell z Pewnego razu w Rzymie, To znowu ty; Dermot Murloney) . Polecam 7/10.


Czasami myślę o tych Waleniach , o przeręblu, w którym je znaleźliśmy i o tym jak się powiększał, aż zmieścił się w nim cały świat

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Pod koniec, gdy barka się popsuła i zaczęto powili tracić nadzieję, ludzie postanowili co kilkanaście metrów robić przeręble aż do morza mając nadzieje, ze walenie popłyną. One jednak nie chciały. Czekały aż mały Waleń wyzdrowieje. Nie wyzdrowiał. Najmniejszy umarł i tylko dwa wyruszyły w dalsza drogę. Jednak by dostać się do morza trzeba było przebić wielka lodową „górę”. Oczywiście mówiono o tym problemie w telewizji. Rosjanie mieli lodołamacz. Zadzwoniono do nich! Rosjanie zniszczyli górę (fajnie pokazani byli) dwa walenie dopłynęły do morza. Młoda ambitna reporterka dostała się do ogólnokrajowej telewizji, dwóch producentów rozmrażacza odniosło sukces, kapitan z gwardii ożenił się z asystentką z białego domu, przedsiębiorca dzięki pozytywnemu Pr-owi zdobył intratny kontrakt, a skromny reporter wyznał działaczce Greanpeace, ze nie może bez niej żyć. Wielki happy end i dobrze.

niedziela, 20 maja 2012

Nietykalni – prosta historia, która okazała się fenomenem.


Les Intouchables  - Nietykalni  to jedna z tych produkcji, na którą ani nie czekałam, nie miała kampanii reklamowej zakrojoną na szeroką skalę, nie było bilbordów rozwieszonych nie mieście, brak reklam w TV. Nawet nie wiem, kiedy ten film ukazał się w polskich kinach. Nic w tym właściwie dziwnego, przecież nie każdy film wchodzący do kin reklamują (na taki luksus stać, a właściwie wymagają tego jedynie wielomilionowe produkcje). Dlaczego więc od kilku tygodni narastało we mnie przemożne poczucie, że muszę w końcu zobaczyć ten film? Wewnętrzna potrzeba z dnia na dzień narastała pod wpływem zmasowanego ataku wypowiedzi z mego otoczenia bym w końcu poddała się dnia dzisiejszego i obejrzałam Nietykalnych. Nie pamiętam, żeby o jakimś filmie ludzie tak spontanicznie i pozytywnie się wypowiadali „Wie Pani, byłam w kinie tan takim super filmie” „Znajoma mi mówiła o filmie o kalece i jego opiekunie, ponoć bardzo dobry, polecała go.”; „Mój dobry przyjaciel był na takim dobrym filmie, że zaciągnął mnie do kina, żebym to obejrzał, a on oglądnął drugi raz”; „Byłam na porannym seansie, niewiele ludzi było, bo kto do kina chodzi rano, ale na takim filmie, że poszłabym jeszcze raz”; „Taki scenariusz, niesamowity film”. Fenomen, największą reklamą tego filmu są niezwykle pozytywne recenzje ludzi.  W czym tkwi wiec urok, czar, tego filmu, że ludzie wciąż o nim mówią?

Historia, która wydarzyła się naprawdę. Sparaliżowany milioner zatrudnia do opieki czarnoskórego dryblasa z przedmieścia, który wyszedł z więzienia i trafia do jego rezydencji właściwie przypadkiem. Driss potrzebował tylko podpisu, żeby otrzymać zasiłek. Dostał pracę opiekuna bez jakichkolwiek kwalifikacji, ale w przeciwieństwie do innych kandydatów podczas krótkiej wizyty w rezydencji jako jedyny potrafił potraktować Philippe „zwyczajnie”. Historia prosta, pokazująca rutynę dnia codziennego (kąpiel, ćwiczenie mięśni, ubieranie, posiłek, segregacja listów), potrzeby, pragnienia, lęki człowieka całkowicie zdanego na innych. Urok tej historii prawdopodobnie polega na pogodzie ducha Drissa, który przyjmował wszystko takim jakim jest, potrafił żartować ze stanu Philippe. Kilka prześmiesznych scen, wszystko to jakoś tak dziwnie pozytywne pomimo jednak żywciowo trudnej sytuacji obu bohaterów. Scenka wysłuchiwania muzyki klasycznej i kojarzenia tych utworów z reklam czy też Tomem i Jerrym (w tym punkcie jako dziecko współczesnych multimediów w 100 % utożsamiam się z pojęciem o muzyce klasycznej Drissa), wewnętrzny talent malarski, który okazał się wart sporo euro, żartowanie z fryzury. Film bardzo dobry, z pewnością jeden z tych, które pamięta się długo. Czy był rewelacyjny, jak to słyszałam od ludzi? Dla mnie nie, jednak rozumiem fenomen tego filmu, zwyczajnie bardzo dobry 8/10.,

Ps. Film ten przypomniał mi Choć goni nas czas (Bucket List z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem). Kino w stylu: pozytywne nastawienie do życia naprzeciw losowi.

czwartek, 1 grudnia 2011

Niepokonani (The way back) – Amerykanie o uciekinierach z gułagu. Oni szli, szli i szli….

Niepokonani – film Petera Weira, twórcy Stowarzyszenia Umarłych Poetów i Truman Show. W jednych z głównych ról Coli Farrell i Ed Harris.

Janusz (Polak, którego żonę zmuszono aby zeznawała przeciwko niemu) trafia do obozu. Chce uciekać, znajduje się grupa jeńców, którzy postanawiają uciec wraz z nim: Amerykanin, przestępca Rusek, inni Polacy, Ukrainiec, w drodze spotykają jeszcze młodą dziewczynę – Polkę.
Amerykanie nakręcili film, w którym grupa więźniów różnych narodowości ucieka z gułagu. Potem już tylko idą, idą, idą i wciąż idą.  Najpierw marzną, potem głodują w lesie, usychają spragnieni na pustyni. Idą, wciąż idą. Gdy udaje im się dotrzeć do Mongolii, która miała być kresem ich ucieczki, okazuje się, że komunizm dotarł tam przed nimi. Idą, idą dalej póki nie dotrą tam, gdzie komunizmu nie ma.
Gdyby nie ta obsada, nie ten reżyser pewnie nie obejrzałabym tego filmu. Jednak obejrzałam a Amerykanie potrafią kręcić filmy, w których pokazują człowieka, jego silę woli by iść, iść dalej. Spojrzenia, nieme cierpienie, przyjaźń, siła człowieka, który nie zostawia nikogo. Tak, w tym filmie pod koniec można poczuć ścisk, tak w dołku, że robi się smutno.
Oglądałam jak idą, idą i idą i jak obejrzałam ile siły w człowieku musiało być by wciąż iść ...

The way back – droga  z powrotem… Tyle bo oni wciąż tylko idą……to 8/10.

środa, 23 listopada 2011

Jack jakiego nie znacie – doktor śmierć

All Pacino zagrał emerytowanego lekarza, pomarszczonego, nieco zgarbionego staruszka, doktora Kevorkiana. Stany Zjednoczone lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte, każdy chyba o tym kiedyś słyszał. Temat poważny, film poważny o prawie do umierania…Nieistotne jest, co o tym myślę, istotny jest podjęty temat…Obejrzeć film, poznać tę historię, reszta to indywidualna sprawa.
Film jest biografią amerykańskiego lekarza, Dra Jacka Kevorkiana, który opowiadał się za prawem do śmierci dla nieuleczalnie chorych pacjentów. On pomagał tym pacjentom popełnić samobójstwo. Był osobiście odpowiedzialny za ponad 130 tzw. samobójstw wspomaganych.


Lekarz podaje się za Boga, gdy podaje tabletkę, ingeruje w procesy w żołądku.

Jeśli to zalegalizujemy, jak unikniemy nadużyć?

Nie jesteśmy przestępcami, przestępcami są ci, którzy chcą nas powstrzymać

Co dobre dla wybranych, dobre dla poddanych

Śmierć w rekach Boga

Lekarz leczy nie zabija, proszę nie zabijajcie mnie

Skłamał w raporcie

Nie znam uczciwszego człowieka

Umieranie to nie zbrodnia


Film porusza kwestię przeszczepów, eutanazji i wyznaczania granic, ponadto obrazuje przebieg sądowy, walki z systemem. Upór jednego człowieka i wsparcie jego siostry, przyjaciół. Gdzie jest granica? Film ciekawy można obejrzeć…skłania do przemyśleń. 8/10 Dobra gra Paciono, wielowymiarowy, może nieco tendencyjny (trudno o 100% obiektywizm przy tego typu obrazach).