Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film Oscarowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film Oscarowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lutego 2015

Tajemnice lasu - baśnie filmowe w wersji musicalowej

Ostatnio tak zachwyciły mnie piosenki w kinie, kiedy 2 lata temu miałam ogromną nadzieję, że Les Miserables Nędznicy zgarnie Oscara dla najlepszego filmu. Sundrack po seansie towarzyszył mi jeszcze przez wiele tygodni. W tym roku na ekranach kin pojawił się ponownie musical, będący filmową wersją przedstawienia wystawianego na Broadwayu (podobnie jak Nędznicy). Jest to gatunek pojawiający się sporadycznie w kinach, ale kiedy już tak się dzieje, to w znakomitej obsadzie (wystarczy przypomnieć Chicago, Mamma Mię czy Moulin Rouge).

sobota, 21 czerwca 2014

Kaze Tachinu (The Wind Rises) - kolejna animacja Miyazakiego nominowana do Ooscara

Studio Gibi wyprodukowało klasykę japońskiej animacji. Oczywiście nim w Polsce zapoznaliśmy się z twórczością Miyazakiego zaczynaliśmy od takich serii jak Gigi la Trottolla , Kapitan Dajmos, Kapitan Tsubasa, Yattaman, Tygrysia Maska emitowanych na Polonii 1, potem Polsat i TVN7 puściły Czarodziejkę z księżyca (wkrótce pojawi się kolejna odświeżona seria!) i Dragon Balla. Dzieciaki, które bardziej się wciągnęły w anime zapoznały się również z takimi tytułami jak Neon Genesis Evangelion, Naruto (emitowany do dziś), Ranma, Inu Yasha, Full Metal Alchemistst, , Vision of Escaflowne i wielu, na prawdę wielu innymi tytułami.  Z filmów pełnometrażowych do naszego kraju dotarła Akira i Ghost In the Shell. Kiedy pomyślę, jak trudne kiedyś było zdobycie tej klasyki, to nie chce mi się wierzyć, że dziś dostęp do wszystkiego jest tak prosty. Na świecie anime jest dostrzegane nawet przez tak iście amerykańską nagrodę jaką jest Oscar. Spirited Away: W krainie Bogów w reżyserii Hayao Mijazakiego w 2003 roku dostało statuetkę w kategorii najlepsza animacja, Ruchomy zamek Hauru był nominowany do Oscara w 2006 roku (widziałam tę animację chyba ze 4 razy, jedna z moich ulubionych). Przy okazji wypada jeszcze wspomnieć Księżniczkę Mononoke (eh dawno to było, skoro miałam to na kasecie Video…) i Mojego sąsiada Totoro (logo studia Gibi). Przyznam, że okres fascynacji anime już u mnie minął jakiś czas temu (chociaż śmiem twierdzić, że nie jest to coś z czego się wyrasta, mnie zwyczajnie przeszło i nie ma to niewiele wspólnego z wiekiem), a Kaze Tachinu (The Wind Rises) trafiło na moją listę do obejrzenia właściwie nie dlatego, że to nowe anime „mistrza” lecz raczej ze względu na nominację tej produkcji do tegorocznych Oscarów (nadrabiam ostatnie nominowane w tym roku tytuły).



Miyazaki od lat się odgraża, że odchodzi na emeryturę a tu o dziwo możemy obejrzeć jego najnowszą animację, choć tym razem nie trafił do mnie z tą fabułą. Zdecydowanie wolę magię, duchy, demony w wersji japońskiej niż realizm (aczkolwiek sceny życia codziennego potrafią Japończycy pokazywać w jakiś taki jednak niezwykły interesujący sposób). Bardziej podobają mi się zwariowane animacje gdzie człowiek przeistacza się w świnię, czarownica przeklina niewinną dziewczynę, można spotkać smoka, duchy potrafią zabić, a na brzegu lasu można spotkać dziwne stworzenie.
Niestety Kaze Tachinu (The Wind Rises) to przedstawienie losów inżyniera samolotów Jirô Horikosh od lat dzieciństwa, kiedy śniły mu się samoloty i postanowił zostać inżynierem (nie mógł zostać pilotem bo miał słaby wzrok – nosi okulary) aż po dorosłość, pracę dla firmy Mitsubishi próbującej skonstruować samolot na miarę tych europejskich, kolejne próby i romantyczne spotkanie dziewczyny w pociągu. Smutna to właściwie historia i niestety mnie nie ujęła. Jak dla mnie fabuła była zbyt monotonna, liniowa, pozbawiona napięcia. Typowy film biograficzny. Oczywiście sama animacja to jakość sama w sobie (piękne kolory, ta znana kreska) a i muzyka jest ujmująca i wzruszająca, doskonale komponuje się z warstwą wizualną. Sam przekaz też jest niezwykle życiowy. Mały chłopiec marzył o lataniu samolotem i w swoich snach rozmawiał z konstruktorem panem Caproni (Tylko w scenach snów Jiro mamy tę odrobinę magii z filmów Miyazakiego).

Airplanes are not tols for war.
They are not for making money.
Airpalnes are beautiful dreams
Engineers turn dreams into reality

Potem ten sam chłopiec udaje się na Uniwersytet i staje się inżynierem samolotów wojskowych. Życie.

W  ramach przyzwoitości 7/10, film mi się dłużył, raczej nie dla każdego (i chyba nikt nie ma tu wątpliwości: nie jest to film dla dzieci. To animowana biografia JIro).  Jednak Panie Miyazaki nie idź pan na emeryturę, ale nakręć jeszcze choćby jeden magiczny film.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE


Jiro udaje się na ostateczne testy zaprojektowanego przez siebie samolotu. W tym czasie Naoko postanawia jednak wyjechać do sanatorium (zostawia dla wszystkich listy). Ostateczny test samolotu kończy się sukcesem. Przenosimy się do snu Jiro, widzimy zniszczone samoloty. Joro po raz ostatni rozmawia z panem Caproni. Udało się Jiro stworzyć wspaniały samolot, choć żadne z nich podczas wojny nie wrócił. Koniec.

czwartek, 27 lutego 2014

American Hustle – tak to się zdobywa Oscary w Ameryce?

To już finisz recenzji z serii Oscarowych nominacji. Na sam prawie koniec przyszło mi obejrzeć silnego kandydata z aż 10 nominacjami, w tym z tymi najważniejszymi w kategoriach najlepszy film, reżyser i najważniejsi aktorzy plus Oscary techniczne, które dla zwykłego kinomana nie są aż tak istotne (Po obejrzeniu filmu prędzej zachwycam się historią czy grą aktorską niźli montażem). Do seansu zasiadłam bardziej by przekonać się i zweryfikować słuszność nagród, czy film zasługuje na taką uwagę, niż jak do zwykłej rozrywki. Paradoksalnie jednak można tę produkcję traktować jako film dla mas. Amerykańska opowieść częściowo inspirowana prawdziwą historią o oszustach w latach siedemdziesiątych. On (Christian Bale) i Ona (Amy Adams) z aspiracjami, gotowi by wykorzystywać słabości innych, by przetrwać. Połączyło ich zamiłowanie do muzyki Ellingtona i gotowość do tego by przetrwać.

Był niespecjalne wysportowany i czesał się na pożyczkę, ale miał w sobie to coś  i pewność siebie która przyciągała był jaki był nie przejmował się tym.

Była nietuzinkową osobowością
Tak jak ja przyjechała do miasta bez perspektyw

Tak jak ja nauczyła się walki o byt i szukania nowych sposobów na życie, nowej tożsamości i jak ja postawiła na lepszą elegantszą przyszłość.

Byli naciągaczami i zostali zmuszeni do tego by naciągnąć bardzo dużą rybę, a wiedzieli jak się to profesjonalnie robi (Im bardziej odmawiasz tym bardziej zaostrzasz ich apetyt). Wielki przekręt, przygotowywanie skomplikowanej akcji. Pytanie tylko, kto tu kogo ostatecznie wykiwa?



Niewątpliwie film jest serią świetnie odegranych aktorsko scen. Nie ma wśród obsady słabego ogniwa. Christian Bale ponownie udowadnia jak bardzo potrafi wcielić się w odgrywaną przez siebie postać. Tym razem możemy go oglądać z wyhodowanym brzuszkiem i w fryzurze z czesaniem się na pożyczkę (świetna pierwsza scena filmu), noszącego welurowe garnitury. Bale to tak dobry aktor, że pomimo tej niezbyt atrakcyjnej aparycji wciąż z spod tej charakteryzacji potrafił wydobyć jednak człowieka, który wie jak prowadzić interesy, postępować z ludźmi i przekonać ich do wszystkiego. Amy Adams już od dawna zwraca na siebie uwagę, ale dla mnie to wciąż nie jest to, co by mnie olśniło i byłabym gotowa stwierdzić, że jest to aktorka wybitna. Jednak jeśli chodzi o żeńskie kreacje niestety dużo ciekawsze sceny w tym filmie ma Jennifer Lawrence, choć gra znowu postać „wariatki” (uwierzę w tę „zdolną” aktorkę jak zobaczę ją w dobrej roli dramatycznej). Ma świetną scenę tańczenia i śpiewania, gra rozchwianą emocjonalnie kobietę i to wychodzi jej najlepiej. Cały urok roli Bradleya Coopera polega na jego fryzurze, tych lokach, które kręci sobie na głowie (Zabawne sceny gdy bohaterowie rozmawiają przez telefon i oboje mają wałki na głowie). Nawet Jeremy Ranner jest ciekawy w fryzurze ala Elvis. Przyznaję, że oglądając stroje, głównie Adams i Bale`a, widać oryginalność w doborze kreacji, które moim zdaniem w znaczącym stopniu „tworzą” ten film.  Nominacja w kategorii najlepsze kostiumy jest zasłużona. Ponadto świetne teksty (Ludzie wierzą w to  w co chcą uwierzyć. Fałszerz był tak dobry, że jest prawdziwszy dla wszystkich. Kto jest mistrzem? Malarz czy fałszerz? Świat nie ma bieli i czarni. Jest intensywna szarość.), dobry scenariusz, bardzo dobra ścieżka dźwiękowa (nośne piosenki). Bardzo dobry film do obejrzenia nawet kilka razy, niewymagający jednocześnie specjalnej uwagi ni skupienia by dobrze się na nim bawić.
Czy to film wyjątkowy? A kto pamięta o operacji Argo? Dobre sceny w wałkach, zwroty akcji (poznajemy Irvinga i Sydney dopiero z czasem więcej dowiadując się o ich życiu, na szczęście trailer nie zdradził również roli jaka w filmie odgrywa Richie), budowanie napięcia i dobre (choć do przewidzenia) zakończenie.8/10

Czy jest to najlepszy film roku? Może i jestem staromodna, przestarzała, ale uważam, że statuetkę dla najważniejszego filmu roku powinna jednak dostać produkcja „głębsza” wznioślejsza, czy innowacyjna zmieniająca współczesne kino (eh ten Czas wojny Spielberga sprzed kilku lat, który mnie ujął, uniwersalne Zostać królem i eh Avatar), dlatego bardziej skłonna jestem przełknąć Oscara dla Grawitacji czy Zniewolonego niż produkcji o naciągaczach (bardzo jestem rozczarowana zeszłorocznym wyróżnieniem Operacji Argo nie tylko ponad Nędznikami, ale chociażby Życiem PI). Jeśli już „komedia” miałaby zgarnąć statuetkę za najlepszy film to powinien być to Wilk z Wall Steet [Z genialnym Leo, który i tak jest najlepszy jeśli go porównać do kreacji Bale`a w American Hustle (niczego nie umniejszając Bale`owi)].


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Irving traktował Carmine`a jak przyjaciela, nie chciał by burmistrz poszedł do więzienia na długie lata. Wiedział też, że podpuszczanie i igranie z mafią znacząco przekracza zakres współpracy na którą się zgodził z Richiem. Ostatecznie Irving i Sydney wykiwali FBI podstawiając fałszywego prawnika mafiosa. Pieniądze z konta FBI zostały przelane na ich konto. Zgodzili się je oddać, jeśli burmistrz zostanie łagodnie potraktowany za swoje oszustwa finansowe, a oni Sidney i Irving będą wolni. FBI nie miało wyjścia. Cały splendor i pochwały za ujawnienie oszustw polityków zgarnęli szefowie Richiego. O Richim i jego całym ogromnym wkładzie w sprawę nikt nie usłyszał. Sidney i Erving zostali razem, otworzyli galerię sztuki, przestali naciągać ludzi. Irving wciąż spotyka się z synem, a jego żona spotyka się z poznanym politykiem.

Kanciarz na zawsze potaje kanciarzem. I kantownicy na końcu wszystkich okantowali. Koniec.

czwartek, 20 lutego 2014

Tajemnica Filomeny – w poszukiwaniu jedynie odpowiedzi

Są takie filmy, które sprawiają, że gdyby nie obsada w nim występująca wcale nie byłyby tak wyjątkowe. Przypuszczam, że gdyby nie osoba Judi Dench film Tajemnica Filomeny nie podobał by mi się tak bardzo. Dench wspominam nie głównie jako M z filmów o Bondzie, ale jako królową Elżbietę z Zakochanego Szekspira. Tej roli drugoplanowej w filmie o Szekspirze Judi zawdzięcza swojego jedynego (jak na razie) Oscara i taką ją najbardziej cenię. Doskonale odnajduje się ona w rolach brytyjskiej Lady (w Tajemnicy Filomeny gra Irlandkę). Ten angielski styl bycia, ta kultura, ta jednoczesna uprzejmość i bezpruderyjna szczerość sprawiają, że nie sposób nie polubić Filomeny.



Filomena Lee w wyniku jednego miłosnego uniesienia (Seks był wspaniały. Sęk w tym, że nawet nie wiedziałam, że mam łechtaczkę) zostaje oddana pod opiekę zakonnic, gdzie rodzi nieślubne dziecko, które zostaje wbrew jej woli oddane do adopcji. Przez cały film Filomena rozpamiętuje wydarzenia z przeszłości i ciągle zastanawia się jaki jest jej syn [Co jeśli zginął w Wietnamie? mieszka na ulicy? Co  jeśli wrócił bez nóg? Co jeśli jest bezdomny? albo otyły? (W Stanach porcje jedzenia są ogromne)]. Jej rozmowy z dziennikarzem Martinem są trzonem całego filmu. Proporcje pomiędzy komizmem w postaci wypowiedzi Filomeny a powagą tego, co jej spotkało są doskonale zachowane. Poznajemy kobietę, która uważa, że co druga napotkana przez nią osoba jest niezwykła, uwielbia romanse (i je innym opowiadać) cieszy się z czekoladek na poduszkach w hotelu, korzysta z entuzjazmem z darmowych napoi w samolocie (w Ryonairze trzeba za wszystko płacić). W odpowiedzi na pytanie jak się ma, zwierza się, że ma tytanowe biodro, ale czuje się dobrze. Wierzy w Boga i nie obwinia zakonnic za to co jej zrobiły (przecież są bardzo miłe i pomocne), nic jej nie dziwi i wiele faktów akceptuje takimi jakie są. Niektóre jej spostrzeżenia są warte zapamiętania (Jeśli nie lecisz pierwszą klasą, to wcale nie znaczy, że nie jesteś osobą pierwszej klasy).
To oczywiście jednak wzruszająca i smutna historia z życia wzięta (film nakręcony na podstawie książki Martina Sixsmitha The Lost Child of Philomena Lee) poprowadzona w taki sposób, że wraz z Filomeną pragniemy dowiedzieć się więcej o jej synu, a zakończenie i sposób w jaki historia zatoczyła koło sprawiło, że moja ocena tego filmu jest taka wysoka. 8/10. Polecam, zdecydowanie warto, (zwłaszcza, że film trwa tylko 94 minuty).

Uwielbiam, jak pewne wątki w grupie filmów Oscarowych się powtarzają. Jak w Hrabstwie Osage tak i w tym filmie pada Cytat z T.E.Eliota:

We shall not cease from exploration 
And the end of all our exploring 
Will be to arrive where we started 
And know the place for the first time.

Który jest doskonałym podsumowaniem historii.

Nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz jest zdecydowanie zasłużona. Judi Dench sprawiła, że postać Filomeny nie sposób nie polubić i tu również wróżenie akademii jest zrozumiałe (choć jakbym miała stawiać, to jednak na Meryl).

Z innych filmów z Judi Dench polecam Hotel Marigold.

SPOILER ZAKOŃCZENIE

Okazało się, że syn Filomeny umarł 9 lat wcześniej. Był politykiem, homoseksualistą i umarł na AIDS. Od partnera Anthony`ego (potem nadano mu imię Matthew) Filomena i Martin dowiadują się, że syn jej szukał. Odwiedził nawet klasztor zakonny gdzie się urodził w poszukiwaniu matki. Jego ostatnim życzeniem było aby go pochować na terenie klasztoru, wiedział, że tam matka go odnajdzie. Zakonnice wiedziały, że Filomena i jej syn próbują się nawzajem odnaleźć ale im nie pomogły. Martin jest ogromnie zły, ale Filomena wybaczyła zakonnicy, która milczała. Jej chodziło o to tylko by się dowiedzieć, co się stało z jej dzieckiem. Filomena odwiedza grób syna. Koniec.

czwartek, 13 lutego 2014

Ona – kobiety i związki zawsze są skomplikowane, nawet te wirtualne

Film Spike Jonze`a Ona jest w tym roku nominowany do Oscara w 5 kategoriach: najlepszy film, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepsza muzyka oryginalna,  najlepsza piosenka „The Moon Song” i najlepsza scenografia. Głównie z tego względu obejrzałam ten film, ponieważ ani jestem fanką Jaquina Phoenixa ani sam trailer nie wydał mi się zbyt zachęcający. Jak jednak w tym roku przyznać muszę w niektórych przypadkach akademia wie co robi wyróżniając pewne filmy.
Zdecydowanie lepszy plakat
od tego
Ona to właściwie smutne love story i historia wyizolowanego, rozczarowanego nieco rzeczywistością Theodora, autora pięknych listów, pisanych na zamówienie (Pieknelisty.com – płacisz specjalista pisze za ciebie romantyczny list do dziewczyny, list gratulacyjny do syna, może za ciebie pisać listy przez lata), który po rozstaniu z żoną czuje się samotny. Żyje w świecie, w którym komputer odczytuje za nas e-maile, można wejść w nocy na czat wydając jedynie komendę głosową, a bohater interaktywnej gry może nas obrazić i zapytać o czym rozmawiają pozostałe osoby będące w pokoju. Trawis kupuje nowy system operacyjny, specjalnie zindywidualizowany i dopasowany do potrzeb użytkownika. (Wystarczy odpowiedzieć na kilka pytań: Jakie są twoje relacje z matką? Czy jesteś towarzyski? Czy system ma mieść głos żeński czy męski?). Do życia Tehodora wkracza Samantha, wkracza, gdyż jest ona tak rozbudowanym systemem (nie tylko sprawdzi e-maile i zostawi do przeczytania tylko te śmieszne, przypomni o spotkaniu i zrobi korektę tekstu, ale sama ma pragnienia, zadaje pytania, potrafi prowadzić zwykłą towarzyska rozmowę i podejmuje własne decyzje), że staje się dla Theodora właściwie prawdziwą osobą, z którą rozmawia o wszystkim, chodzi na spacery, zaczyna darzyć uczuciem. Samantha jest ciekawa świata i ma potrzebę ciągłego rozwijania się, ma własne pragnienia i przemyślenia:

Ale serce nie jest jak pudełko, które można napełnić. Ono się powiększa w miarę jak kochasz więcej.


Pytanie tylko jak długo wystarczać będą rozmowy nawet w świecie tak skomputeryzowanym. Wystarczy Travisowi wirtualna dziewczyna, czy to wystarczy jej?

Dzięki błyskotliwym dialogom prowadzonym między „bohaterami” film zdecydowanie zasługuje na nominację, a kto wie czy nie na statuetkę w kategorii najlepszy scenariusz.  Jaquin Phoenix niezaprzeczalnie jest dobrym aktorem i jego ciągła obecność na ekranie zdecydowanie wystarcza by poprowadzić tę historię. Możemy też zobaczyć Rooney Marę i Amy Adams, choć właściwie z żeńskiej obsady w filmie tym „błyszczy” głos Scarlett Johansson. To właściwie dzięki jej sposobowi prowadzenia rozmowy, westchnieniom, śmiechowi związek między Travisem z Samanthą wydaje się niezwykle „naturalny”. Scarlett jedynie dzięki głosowi potrafiła stworzyć postać z „krwi i kości” z charakterem. Ponoć początkowo Samantha miała początkowo mówić głosem Samanthy Morton, ale w czasie postprodukcji Spike Jonze  uznał jednak, że efekt końcowy go nie zadowala i zastąpiono głos Morton i możemy słuchać  Johansson, co z całą pewnością wyszło filmowi na dobre.

Film bardzo dobry przedstawiający właściwie smutną historią i skłaniający do przemyśleń gdzie są granice, dokąd mogą sięgnąć możliwości komputerów,  i czy nadejdzie dzień, że nie będziemy potrzebowali drugiego prawdziwego człowieka? Polecam, choć może film nie dla wszystkich 8/10.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Samanta odchodzi. Okazuje się, że rozmawiała nie tylko z Theodorem ale jeszcze z 8316 innymi użytkownikami, a kocha 641. Theodore dowiaduje się, że nie jest wyjątkowy, że Samantha może jednocześnie rozmawiać z wieloma ludźmi i jednocześnie kochać innych. Właściwie nie wiadomo, czemu system został wyłączony. Theodore idzie porozmawiać z Amy, która również była związana z wirtualnym. Theodore wysyła list do Catherine, pisząc że przeprasza i zawsze będzie ją kochał. KONIEC.


wtorek, 28 stycznia 2014

Sierpień w Hrabstwie Osage – wszystkie rodziny są takie same, a każda z nich nieszczęśliwa na swój sposób.

Życie jest bardzo długie T.S.Eliot 

te oto słowa rozpoczynają film,  wypowiedziane przez Beverly Westona. Eliot nie napisał niczego odkrywczego, ale ponieważ jako pierwszy to spisał, od tej pory wypowiadając te słowa należy dodać „T.S.Eliot”. Życie dla Beverly Westona okazało się nawet zbyt długie zdaje się jego zdaniem, a mnie ten oto cytat i to co później zobaczyłam na ekranie przypomniały słowa innego znanego pisarza Tłostoja, że Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda zaś nieszczęśliwa  rodzina jest nieszczęśliwa po swojemu.



Gdy rodzina Westonów spotyka się w domu w skutek przykrych dla nich wszystkich okoliczności jesteśmy świadkami jak bardzo nieszczęśliwi są wszyscy i jak wiele żalu, goryczy i tajemnic może kryć się wśród bliskich sobie ludzi. Każdy z nich przyjechał z jakimiś problemami, które starają się ukryć przed pozostałymi (choć przed Violet nic się nie ukryje).
Na początku film mi ten przypomniał Rzeź Romana Polańskiego, gdzie podobnie jak i w tym przypadku grupa ludzi „uwięziona” przez krótki czas w jednym miejscu, zmuszona do rozmowy, w pewnym momencie wylewa wszystkie żale, złość i dochodzi do awantury.  Sierpień w Hrabstwie Osage podobnie jak Rzeź jest adaptacją sztuki. (Sztuka Sierpień w hrabstwie Osage jest autorstwa Tracy`ego Lettsa, który również jest autorem scenariusza do filmu) i to właśnie owa teatralność i wiążący się z nią nacisk na słowo, czyli świetne błyskotliwe dialogi przepełnione goryczą, z których to „wypływa” gorzka prawda, sprawiły, że jest to doskonały materiał do przedstawienia pełni możliwości aktorskich obsady. Na ekranie bezapelacyjnie błyszczy Meryl Streep i jeśli dwa lata temu w końcu dostała Oscara za Żelazną damę, to w tym roku rolą Violet Veston udowodniła, że to co zobaczyliśmy w tamtym filmie zdecydowanie nie było w pełni pokazaniem jej aktorskich możliwości. (Piszę, że w końcu, gdyż Meryl regularnie otrzymuje nominacje do Oscara – średnio co 2 lata, choć jak dotąd może się pochwalić tylko(!) trzema – za Żelazną damę, Wybór Zofii i Sprawę Kramerów ). Violet w wydaniu Meryl, to uzależniona od leków, chora kobieta, która gdy jej rodzina zbiera się w rodzinnym domu mówi co myśli i nie liczy się uczuciami innych (podczas modlitwy przy rodzinnym stole nie kryje, że to przecież męczarnia dla nich wszystkich i stek bzdur – świetne miny Meryl). Pozbawia córki złudzeń i demaskuje wszelkie powszechnie powtarzane kłamstwa. Nie kryje, że rodzice bardziej kochają jedne dzieci od innych i że Barbara zawsze była ulubienicą rodziców i od lat nie mogli jej wybaczyć, że wyjechała z miasta. Otwarcie okazuje rozczarowanie drugą córką i z premedytacją ignoruje trzecią. Pozbawia złudzeń córki, ponieważ kobiety im są starsze tym brzydsze (nie to co mężczyźni, którzy z wiekiem nie tracą seksapilu). 

Wszystkie kobiety powinny się malować, żeby lepiej wyglądać, jedyną kobietą, która nie musiała nosić make-up`u była Elizabet Tylor, a nosiła go na sobie tonę

Przyznaje się też do innych rzeczy i wyjawia nie tylko swoje, ale i innych grzechy, a była osobą, która wie wszystko. Znakomity scenariusz. Każda scena z Meryl w tym filmie jest popisem jej aktorskich umiejętności. Jednak nie tylko jej rola zasługuje tu na uwagę, ponieważ zdecydowanie Julia Roberts prawie dotrzymuje jej kroku. Jej postać wyprowadzona z równowagi rzucająca się na własną matkę to jedna z lepszych scen w filmie (nominacja do Oscara dla Juli za rolę drugoplanową zdecydowanie zasłużona, choć po Globach wydaje się, że to Jenifer Lawrence drugi rok z rzędu dostanie Oscara i Julia ma niewielkie szanse). Niestety Benedict Cumbertach nie miał okazji by pokazać na jak wiele go stać w roli Małego Charlsa (nie rozumiem, dlaczego ten aktor ma tendencję do wybierania ról niedojd i ludzi o słabych charakterach – Padadise End, Zniewolony, kiedy tak genialnie potrafi grać postać charyzmatyczną – Scherlock). Na tle pozostałych postaci kobiecych Argo Matindale (świetne sceny dwóch „czarownic” ekscytujących się życiem uczuciowym córki Violet) i Julianne Nicholson nieco blado wypada Evan McGregor (choć scena kłótni z Julią też była dobra).
Jeśli miałabym ująć w kilku słowach wrażenia po Sierpień w Hrabstwie Osage to byłoby to: świetny scenariusz i gra aktorska na najwyższym poziomie. Oscar dla Meryl. 9/10.




SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Po scenie kiedy narzeczony Karen przystawia się do 14 letniej Jean Karen pośpiesznie wyjeżdża wciąż mając zamiar wyjść za mąż. Ciotka Mattie wyznaje Barbarze, ze miała romans z Beverly i że Charles jest jej bratem i nie mogą dopuścić do tego by Ivy z nim wyjechała. Podczas rozmowy Ivy z matką, kiedy córka cche jej wyznać, że związala się z Charlsem Violet nie daje jej dojść do słowa i mówi, że Charles jest jej bratem 9Violet od dawna wiedziała, nie rozmawiali o tym). Zrozpaczone Ivy wyjeżdża. Wściekła Barbara również wsiada w samochód i odjeżdża. Violet zostaje sama, bez rodziny. W domu pozostaje z nia tylko Indianka, którą kilka dni przed swoim „zniknięciem” zatrudnił Beverly. Rodzina na końcu ją zostawiła. Koniec

niedziela, 26 stycznia 2014

Dalllas Buyers Club – Witaj w klubie gdzie w abonamencie dostajesz leki, które już teraz mogą pomóc ci w walce z chorobą

Niektóre filmy by trafić na moją listę do obejrzenia muszą najpierw zdobyć kilka ważnych nagród bądź nominacji do nich. Prawdopodobnie nie poświęciłabym filmowi Dallas Buyers klub dwóch godzin mojego (no może nie zbyt cennego, ale jednak) czasu by obejrzeć ten film, nie wspominając o dodatkowych kilkudziesięciu minutach by poświęcić tej produkcji tekst, gdyby nie zdobyte 2 zdobyte statuetki Globów (MatthewMcConaughey za rolę pierwszoplanową w dramacie i Jared Leto za rolę drugoplanową) i sześć nominacji do Oscara (w tym te najważniejsze: najlepszy film, najlepsze role). Dramat i historie z życia wzięte zdecydowanie nie są gatunkiem, który wybieram w pierwszej kolejności (właściwie w piątej lub szóstej, daleko za SF, komediami romantycznymi, komediami, animacjami, thrillerami, sensacjami i horrorami). Zazwyczaj osoba reżysera (Spielberg, Cameron, Curtis, Scrosesse, Burton, Del Toro, Allen, Almodovar, Von Trier) czy obsada (Streep, Pitt, Depp, Bale, DiCaprio, Bullock, Ryan) może mnie przekonać. Jednak Akademia mylić się nie może, mimo iż o Jean-Marc`u Vallée wcześniej nie słyszałam (nie ma na koncie głośnych filmów), a Matthew McConaughey do niedawna kojarzył mi się z rolami amanta (do niedawna, ponieważ po zobaczeniu go w małej roli w Wilku z Wall Street i niezwykle dobrych recenzjach jego ostatnich filmów przyznaję, że należy zmienić zdanie na jego temat), a właściwie filmów z Jaredem Leto tych ważniejszych jeszcze nie widziałam (Mr. Nobody i Requiem dla snu wciąż na liście do obejrzenia). Kreacje tych dwóch aktorów w tym filmie zasłużyły niewątpliwie na uwagę, choć są to przypadki, gdzie role te wymagały poświęceń. Matthew jest przeraźliwie chudy, do tej roli ponoć schudł ponad 17 kilogramów,  a Jared Leto ponad 13 i do tego chodzi w damskich ciuszkach. Dwaj niewątpliwie przystojni aktorzy grają postaci chore na AIDS. Jak to się mówi, najłatwiej żeby zdobyć ważne nagrody trzeba się poświęcić, albo zagrać wariata (patrz zeszłoroczne nominacje Coopera i Lovrence).



Dallas Buyers Klub jest historią Rona Woodroofa (Matthew McConaughey), który w czerwcu 1985 roku dowiaduje się, że ma AIDS. Typowy teksański macho noszący kapelusz i kowbojskie buty, zażywający kokainę, obstawiający zakłady zawodów rodeo, homofob słyszy od lekarza, że jest nosicielem wirusa HIV, (który w tamtych czasach jest gównie kojarzony ze środowiskiem homoseksualistów) i zostało mu około 30 dni życia. Film jest swoistą kroniką działań Woodroofa (zapis kolejnych decyzji i działań, które podejmuje w kolejnych dniach, które minęły od daty, kiedy dowiedział się, że umiera). Możemy obserwować kolejne stadia radzenia sobie z chorobą, od zaprzeczenia, poprzez załamanie i chęć natychmiastowego skończenia cierpień, poprzez wyszukiwanie informacji dotyczących choroby, podjęcia próby leczenia, brak akceptacji diagnozy lekarzy, skończywszy na desperackich krokach walki o leki mogące uratować, a właściwie przedłużyć mu życie (odrzucenie leku AZT, który powodował więcej efektów ubocznych niż poprawiał stan chorego). Na ekranie możemy obserwować przeobrażenie bohatera od pozbawionego większych aspiracji elektryka w poważnego biznesmena podróżującego po całym świecie, by zdobyć potrzebne leki. Ron w zderzeniu z sytuacją graniczną jaką jest choroba ostatecznie okazuje się człowiekiem przedsiębiorczym, który wyzbywa się uprzedzeń (zaprzyjaźnia się z transwestytą – Rayonem). Woodroof zdobywszy potrzebne leki (Peptyt T, witaminy DDC, Interferon początkowo szmuglowane z Meksyku, potem z Amsterdamu,  Izraela, Chin, Japonii) niezatwierdzone przez FDA zakłada Dalllas Buyers Club (ominięcie prawa, zakazu sprzedaży niezatwierdzonych leków), który w ramach abonamentu 400 dolarów miesięcznie dostarcza potrzebną ilość leków do leczenia AIDS. Trzeba przyznać, że Matthew zagrał to niezwykle przekonywająco, zwłaszcza sceny początkowej „degeneracji”, gdy bohater zwraca się do Boga siedząc w barze ze striptizem, zażywa leki popijając je piwem, a następnie wciągając kokainę. Natomiast Jared Leto w swojej roli jest nie do poznania, w damskich ubraniach, naśladując kobiece gesty i sposób mówienia odegrał rolę niewątpliwe wartą nominacji do Globa (chociaż ja osobiście w tym roku nagrodę w tej kategorii przyznałabym Danielowi Bruhlowi za rolę w Wyścigu). Dallas Bouers Club to jednocześnie nie tylko historia człowieka, ale również obraz działania konsorcjów farmaceutycznych i ograniczania odstępu do leków ludziom, którzy nie mogą czekać lata na dopuszczenie leku do legalnej sprzedaży.  Film zrealizowany „profesjonalnie” i cieszy mnie, że nominowano w kategorii najlepszy film do Oscarów produkcję opowiadającą głównie historię człowieka, a nie będącą zobrazowaniem "amerykańskiej sprawy/ideałów/historycznego ważnego wydarzenia". Scenariusz bardzo dobrze zbalansowany, świetnie ukazana przemiana, psychologia postaci, niczego mi tu nie zabrakło. Temat niezwykle ciężki, film do obejrzenia na raz, ale dobry i zasłużone 7/10 (tylko, bo jednak zdecydowanie nie moje klimaty).

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
FDA robi wszystko by blokować działania i sposób dystrybucji leków Rona. Prawo zostaje zmienione i leki bez atestów FDA stają się nielegalne. Ron wytacza sprawę w sądzie przeciwko FDA, przegrywa, ale pozwolono mu na zakup Peptydu T na własny użytek. Rayon umiera podczas jednego z wyjazdów Rona za granicę. W ostatniej Scenie Ron ujeżdża byka na rodeo. Przeżył 2557 dni po tym jak usłyszał diagnozę, że zostało mu niecałe 30.

Ronald Woodroof zmarł 12 września 1992, siedem lat po zdiagnozowaniu u niego HIV. Niższe stężenie AZT są powszechnie używane w innych lekach, które ocaliły miliony istnień. Koniec.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Zniewolony. 12 years a slave – wolny człowiek niewolnikiem.

Steve McQueen nakręcił film, który w teorii miał zachwycić Akademię przyznającą Statuetki Oscara i chyba został nakręcony tylko i wyłącznie dla nich. Począwszy od wyboru ostatnio oklepanego tematu – ogólnie ujmując wolności, równouprawnienia Afroamerykanów, i  problemu niewolnictwa [Zeszłoroczny Lincoln, Django, Służące sprzed dwóch lat. Choć fakt faktem jest to kawałek historii Amerykanów i bardzo nie trzeba się długo zastanawiać by wymienić takie „klasyki” powiązane z tym tematem jak Amistad (do dziś się dziwię, że film nie dostał żadnego Oscara) czy choćby Przeminęło z wiatrem (Choć głównym zmartwieniem Scarlet Ohary było jak uwieść  Ashleya, a nie fakt iż wybuchła wojna z powodu niewolnictwa na południu)], poprzez twórcę muzyki do filmu Hansa Zimmermana (7 nominacji do Oscara za najlepszą muzykę, Oscar za muzykę do Króla lwa) skończywszy na tak gwiazdorskiej i ostatnio rozchwytywanej obsadzie, których to aktorów nazwiska, co prawda w rolach drugoplanowych, wystarczają by przyciągnąć rzesze fanów do kin. W krótkiej roli drugoplanowej możemy zobaczyć Benedicta Cumberbatcha – którego rola Sherloka sprawiła, że fani serialu oglądają każdy film, w którym się pojawi (cóż i ja należę do tych psychofanów). O Michaelu Fassbenderze sporo się mówi od czasów Wstydu (też film McQueena, Fassbinder był nominowany za tę rolę do Globa, podobnie jak w tym roku za Zniewolonego, choć ja osobiście uwielbiam jego kreację w Jane Eyre), a wisienką na tym dooscarowym torcie jest pojawienie się pod koniec filmu Brada Pitta (Rola poczciwego człowieka pracy z akcentem podobnym do tego, który miał w Bękartach Wojny Tarantino).



Tylko czemu mnie ten film nie zachwyca, jak miał zachwycać? (Choć i Lincoln mnie nie zachwycił, poza ostatnią sceną podpisania poprawki do konstytucji, a ponoć zachwycał). Przez cały seans miałam wrażenie jakbym oglądała zapis dokładny, jednak oszczędny w formie zapis historii (Film oparty na faktach, na podstawie książki Solomona Narthupa Twelve years of slave), jakby zza ekranu ktoś podszeptywał: „tak było, tak traktowano wolnego człowieka, tak okrutni byli południowcy”. Wtedy nawet człowiek posiadający jakieś sumienie i współczucie i tak bardziej cenił siebie i  pieniądz niż wolność człowieka, akceptując fakt, że żyje na południu gdzie takie jest prawo (postać grana przez Cumberbatha). Rasa panów przekonana była o własnej wyższości, ponieważ tak wynika ze słów napisanych w Biblii, a jeśli zbiory są nieudane, wina to jest złych czarnych, którzy sprowadzili zarazę (postać grana przez Fassbendera). Gdzie nikomu nie można było zaufać, bo nawet biały człowiek pracujący na plantacji z czarnymi wciąż czuje się od nich lepszym, zdradzając powierzone mu zaufanie. Jednak pokazane to w tak słonecznych scenach, bez próby szokowania (oszczędna scena gwałtu Pattsy). Film niestety moim zdaniem jest tak skonstruowany, że brak w nim jakiegokolwiek napięcia, to jedynie obraz nieszczęścia jakie spotkało Solomona. Poznajemy bohatera gdy jest szanowanym obywatelem, ale oszukany przez białych przedsiębiorców staje się niewolnikiem, nie możne przyznać się do własnego imienia i Salomon staje się Plattem. Czarny człowiek pozbawiony papierów na to, że jest wolny nie ma żadnych praw i możliwości udowodnienia, że jest wolny (wszyscy starają się nie zauważać, że jest wykształcony, ignorują fakt, że potrafi grać na skrzypcach i mogłoby to sugerować, że nie jest niewolnikiem). Możemy też przypuszczać, że jego niewola się skończy (tytuł filmu – po 12 latach). Sam wybór sceny od której zaczyna się film (Platt niewolnik) i retrospektywne przejście do Salomona-wykształconego artysty i pokazanie jak trafił na południe, uważam za nieudany, gdyż zwyczajnie docierając do początkowej sceny potem historia jest kontynuowana już bez dalszych retrospekcji (O wiele lepiej by było gdyby przerwać narrację w momencie próby powieszenia i pokazać jak od wolnego człowieka Salomon stał się kimś, kogo przez wiele godzin pozostawia się na skraju powieszenia i nikt niema odwago go odciąć). Losy Salomona ukazują jego kolejnych panów (ścinanie drzew, plantacja bawełny, plantacja trzciny cukrowej) i tym samym postawy jakie reprezentowali, ale nie jest dla mnie niczym więcej jak wycinkiem amerykańskiej historii (a jak wspomniałam filmów już takich trochę było). Bardzo dobrze zrealizowany (ciekawe ujęcia) z dobrą muzyką (scena śpiewu na pogrzebie) z grą aktorską na wysokim poziomie, choć nie jest to gra, którą w pełni potrafię docenić, gdyż bardziej cenię przerysowanie postaci jakim w tym roku popisał się Leonardo Di Caprio w Wilku z Wall Street, ponad operowaniem jedynie smutnym spojrzeniem, udręczoną miną, niemym cierpieniem i oszczędnym operowaniu emocjami. Jeśli nominowany tu do Oscara za główną rolę Chiwetel Ejifor zdobędzie statuetkę obawiam się, że będzie to przypadek podobny do tego Jean Dujardina, któremu to jak na razie od momentu zdobycia nagrody w 2012 nie udało się ponownie zabłysnąć (bardzo słaby film Niewierni i niewielka rola drugoplanowa w Wilku z Wall Street).
Nie wzruszył, nie poruszył nie obejrzałbym jeszcze raz, ale pewnie względu na temat i jednak realizacje na wysokim poziomie, pewnie film zgarnie najważniejsze Oscary. Zawyżone 7/10. Jednak film wcale niewyjątkowy.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Samuel zostaje zdradzony przez innego białego pracownika, ale udaje mu się przekonać pana, że wcale nie planował wysłać żadnego listu i jest to tylko manipulacja białego, który chce zostać zarządcą. Samuel pali list, jego jedyną szansę na uwolnienie. Do pracy przy budowie budynku zatrudnia się Samuel Bass (Brad Pitt), który w rozmowie z Panem Eppsem (Michael Fassbender) przejawia poglądy prowolnościowe, uważa, że nie ma różnicy pomiędzy białymi a czarnymi, nieważne jakie jest prawo, ważne jak nakazuje prawo naturalne, etyka, że niczym się nie różnią. Samuel podejmuje znowu ryzyko i opowiada swoją historię Panu Bassowi, a ten go wysłuchawszy obiecuje, że choć ryzykuje własne życie, napisze list do przyjaciół Platta. Na plantacje przyjeżdżają przyjaciele Somolona, zabierają go twierdząc, że jest wolnym człowiekiem. Samuel spotyka się ze swoją rodziną (córka jest już dorosła, wyszła za mąż i ma dziecko), przeprasza ich, wszyscy się obejmują. Koniec.

Końcowe napisy informują o tym, że Solomon był jednym z nielicznych niewolników, którym udało się odzyskać wolność, jego oprawcy (ludzie, którzy go sprzedali) nie zostali ukarani. Samuel do końca życia walczył o prawo do wolności niewolników. 

środa, 8 stycznia 2014

Wilk z Wall Street – Sprzedaj mi ten długopis


Oto i nowy film Martina Scorsese znanego z filmów gdzie paść muszą strzały, trup ścielić się powinien seriami i prawdziwy twardziel powinien mówić Are you talkin`me. Cóż o ile wcześniejszy film Scorsese, czyli Hugo i jego wynalazek (który do Oscara co prawda był nominowany dwa lata temu w najważniejszych kategoriach, ale zgarnął 5 statuetek w kategoriach „technicznych”) nieco wyłamywał się ze „stylu” tego reżysera, to Wilk z Wall Street jest dokładnie tym, czego można było się spodziewać po reżyserze Taksówkarza czy Infiltracji.



Główny bohater filmu Jordan Belfort (Leonardo Di Caprio) bez cienia zawstydzenia, z brutalną szczerością przedstawia nam swoją historię. A jest to historia Wilka, Robin Hooda z Wall Street (jak określił go magazyn Forbes), który zabierał bogatym i chował do własnej kieszeni, wciąż pragnąc więcej, nie ograniczał się do „zwykłych” przyjemności i sypiał z dziwkami, ćpał bez ograniczeń (Lumeny! - tabletki zakazane , ale za to dające "odjazd") i nie przyjmował słowa "nie" jako odpowiedź. Jordana uwielbiali jego współpracownicy, klienci mu ufali, to był człowiek z charyzmą i potrafił sprzedać wszystko, nawet długopis.

Świetna scena w barze i potem jej kontynuacja pod koniec.
 - Sprzedaj mi ten długopis. 
- Brad pokaż mu jak sprzedać ten długopis. 
- Stary zapisz mi to. 
- nie mam nic do pisania 
- Chcesz kupić długopis?
- Najważniejsze to wytworzyć potrzebę kupna. 
- Wszyscy ludzie są chciwi 
- No może poza buddystami i Amiszami.

Najważniejszy w tym filmie jest „środek”. Teoretyczne w filmie tym wykorzystanych schemat od zera do miliardera, ale to nie sposób dochodzenia do bogactwa, wyrzuty sumienia związane ze wszystkimi „szemranymi” elementami życia na Wall Street jest tu istotny. Nie dowiadujemy się jak Jordan nauczył się być Wilkiem. Właściwie można by powiedzieć, że początek filmu, młodość Jordana jest tu potraktowana zbyt pobieżnie i nie ma tu pogłębionej psychologii (jeśli ktoś taki jak Jordan mógłby mieć „głębszą psychologię”). Młody człowiek bez mrugnięcia okiem wysłuchuje jednej lekcji swego guru polegającej głównie na wybijaniu rytmu uderzeniami w pierś niczym Indianin i prostej zasadzie „namawiaj klientów by inwestowali dalej, nieważne w co, nie ważne czy oni zarobią, to ty zarabiasz na każdej transakcji prowizję” wszystko to jest takie ulotne takie fizzzy… (Właściwie świetne kilka minut Matthew McConaughey`a i jednak powinnam dać mu chyba szansę i obejrzeć jego nowsze filmy, bo mnie wciąż kojarzył się z romcomowym amantem). Jordan przyjął sposób życia na Wall Street takim jakim ono było, trzeba sprzedawać, sprzedawać a żeby sprzedawać trzeba ćpać. Śledzimy jego losy właściwie już w momencie, kiedy siedział w nim ten Wilk i kiedy wilk zaczyna się sycić rozpoczyna się najlepsza cześć filmu. Jordan sprzedawał, uczył tego innych, sprzedawał więcej i ćpał, chodził na dziwki, sprzedawał i dalej ćpał i stawał się coraz bardziej bogaty i nie miał dość. Wszystko to zostało przedstawione i zagrane w taki sposób, że choć teoretycznie nie powinno to śmieszyć, gdyż bohaterowie są śmiertelnie poważni podczas debaty na temat rzucania karłami, czy faktu że żona Donnie jest jego kuzynką, ale jest to zabawne (tak nawet scena czołgania się i turlania po schodach).
Jeśli Leonardo DiCaprio miał by w końcu dostać Oscara (to taki paradoks, tak rozpoznawalny aktor, który zagrał w tylu dobrych filmach nie ma statuetki? Obok Johnny`ego Deppa jest to jeden z aktorów, który prędzej czy później musi go dostać. Tylko, że tym razem mam nadzieję, ze dla Leo nastał moment „prędzej”), to powinna to być właśnie ta rola. Cały czas ekranowy DiCaprio daje popis swoich umiejętności aktorskich i widać jaki jednak ten chłopak z Titanica ma warsztat. Począwszy od sceny pierwszej sprzedaży śmieciowych akcji, poprzez demonstrowanie techniki sprzedaży kolegom, kłótnie z żoną, noc z prostytutką sadomaso, odgrywanie scen na haju, skończywszy na chłodnej biznesmena minie i próbie przekupienia agenta federalnego.
Scena za sceną są coraz lepsze a oprócz genialnego Leo na ekranie możemy również oglądać popis Jonah Hilla w roli drugoplanowej. Trochę nie rozumiem sposobu prowadzenia kariery tego aktora. Po dobrym występie w Moneyball (nominacja do Oscara) znowu zagrał w dwóch może nie marnych, ale jednak głupkowatych komediach (Straż sąsiedzka, 21 Jump Street) by powrócić (nieco znowu cięższym dosłownie) w takiej roli w Wilku z Wall Street. Świetnie partneruje Leo na ekranie, kilka świetnych scen (przekazanie walizki pod sklepem). 
Co ciekawe na ekranie możemy zobaczyć jednego zdobywcę statuetki Oscara i to za rolę pierwszoplanową! Niestety Jean Dujardin (Oscar za Artystę w 2011) po zdobyciu nagrody zagrał w bardzo marnej komedii Niewierni a i w tym filmie niespecjalnie zachwyca (chociaż mogę przyznać, ze niewielka rola jaką gra może nie dała mu takich możliwości) Jednak w zestawieniu Jeana i Leo zachodzę w głowę jak to możliwe, że to nie Jean ma statuetkę w tej obsadzie? Trzymam kciuki i jak na razie to Leo jest moim najmocniejszym tegorocznym kandydatem (jeśli porównywać rolę Hanksa w Kapitanie Philipsie to Leo Bije Toma na głowę).

Niestety film jest dosyć przydługi i zmagania końcowe Jordana „Wolfiego’” można było nieco skrócić. Nie zmienia to jednak faktu, że dla tych popisów Leo chętnie obejrzę ten film jeszcze raz. 9/10 głównie za aktorską grę.


SPOILER ZAKOŃCZENIE
Po kilku próbach wymigania się Jordan musi iść na współpracę z FBI. Wydaje wszystkich swoich współpracowników. Żona mówi mu, ze już go nie kocha i chce rozwodu. Dostaje wyrok tylko 3 lat więzienia. Na wolności prowadzi seminaria z technik sprzedaży

–Sprzedaj mi ten długopis. 


[Edit 17.01.2014: Leonadro Di Caprio został nominowany do Oscara za rolę w Wilku z Wall Street, trzymam kciuki!] Film nominowany do Oscara w 5 kategoriach: Najlepszy film, najlepszy reżyser: Martin Scorsese, najlepszy scenariusz adoptowany, najlepszy aktor pierwszoplanowy: Leonardo Di Caprio, najlepszy aktor drugoplanowy: Jonah Hill.

czwartek, 21 listopada 2013

Kapitan Phillips – somalijscy piraci, Tom Hanks i ekranowy realizm

Po obejrzeniu setek amerykańskich filmów sensacyjnych zazwyczaj oczekujemy, że w obliczu zagrożenia jeden bohater (najczęściej będący byłym komandosem) jest w stanie pokonać odział uzbrojonych przestępców w pojedynkę bez mrugnięcia okiem zabijając kolejnych łotrów nie odnosząc żadnych ran, bohatersko ratując z opresji porwaną córkę lub najlepiej prezydenta (Olimp w Ogniu, Świat w płomieniach, Uprowadzona, Bourne, Mission Imposible, Szklana Pułapka). Nie wzrusza wtedy nikogo gdy w ferworze walki czasami ginie jeden lub dwóch cywilów będących jedynie tłem zmagań niezniszczalnego Marine.
Nigdy nie byłam zwolenniczką filmów kręconych na faktach ceniąc bardziej wytwory reżyserskiej wyobraźni, trawiąc bardziej ubarwiane historię niźli te dokumentalnie dramaty, z których często wieje zwyczajnie nudą  (Jak to mistrz suspensu Hitchcock Alfred stwierdził: film to życie z którego wymazano plamy nudy). Jednak Kapitan Philips będący filmem nakręconym na podstawie prawdziwej historii okazał się dla mnie produkcją trzymającą w napięciu przez ponad 120 minut (Ostatnio tak uważnie śledziłam bieg wydarzeń w Połączeniu z Halle Berry - polecam). Nie było w tym filmie gwarancji hollywoodzkiego happy endu, nie było niepokonanego bohatera. Kino sprawiło, że oglądając na ekranie statek towarowy płynący w pobliżu wybrzeża Somali, którego załoga składa się z kilkudziesięciu całkiem krzepkich marynarzy nie mogłam się nadziwić, że czują oni lek przed czterema wychudłymi Somalijskimi piratami uzbrojonymi w karabiny, ale to raczej właśnie tak się dzieje w tego typu sytuacjach w prawdziwym świecie.

Plakat slaby, kojarzy się raczej z kolejną tanią sensacją, a nie dramatem bezbronnych ludzi zaatakowanych przez piratów.


Doświadczony Kapitan Philips dostaje informację o zagrożeniu piractwem na trasie statku towarowego, gdy okazuje się, podczas ćwiczeń, że naprawdę dwie łodzie zbliżają się w kierunku frachtowca. W spojrzeniach marynarzy widać głównie strach, ponieważ są bezbronni (I znowu pytanie: Jak to możliwe, że na takim wielkim statku nie ma nikogo, kto miałby broń?). Postępują zgodnie z procedurami, zawiadamiają straż, ale będąc na pełnym morzu ratunek nie nadejdzie w mgnieniu oka. Kapitan najpierw blefuje (mówi przez radio, które było podsłuchiwane, że zbliża się do nich straż przybrzeżna tym samym zniechęcając do pościgu jedna z dwóch pirackich łódek). Prawdziwi ludzie czują respekt, gdy ktoś przykłada im broń do głowy. Kapitan robi wszystko, by nikomu nie stała się krzywda, chce oddać pieniądze, które znajdują się w sejfie, chce polubownie rozwiązać sytuację. Sami piraci to też nie są tylko bezwzględni ludzie trzymający karabiny. Kapitan Somalijczyków ma swoich szefów wie, że musi wrócić z czymś więcej niż z 30 tysiącami dolarów (Świetna rola. Gra spojrzeń, wewnętrzna walka rysująca się na twarzy tego wychudłego Somalijczyka i bezwzględność wynikająca z brutalnego świata, z którego pochodzi, by przeżyć trzeba być twardym). Kilkudziesięciu mężczyzn zlęknionych chowa się w kotłowni. W tym filmie oglądamy realizm podług którego liczy się ludzkie życie i nikt nie zgrywa bohatera usiłując obezwładnić uzbrojonego pirata. W oczach tych ludzi widać było strach.  Sytuacja w której ratunek nie nadchodzi błyskawicznie sprawia, że trzeba grać na zwłokę. Procedury na takiej łodzi są proste, należy uruchomić węże z wodą uniemożliwiające piratom abordaż. Zatrzymać silniki, chować się w ładowni, nie prowokować piratów. Ujęcia kamery, trzęsący się obraz, bliskie ujęcia twarzy potęgują wrażenie początkowej dokumentalności tego filmu.
Końcowe sceny i gra Toma Hanksa z pewnością zasługują na uwagę i kto wie, może nominują go do Oscara bo widziałam o wiele więcej gorszych kreacji, które nie wiedzieć czemu były wyróżniane. Bardzo dobry film, mocne 8/10. Polecam, raczej dla wszystkich.


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Na końcu Philips jest uwięziony w szalupie z trzema Somalijczykami podczas gdy ich szef udał się na łódź amerykanów by negocjować. Marines czekali na moment by wszyscy oprawcy w jednym momencie byli wystawieni na strzał. W krytycznym momencie gdy zdesperowani Somalijczycy postanawiają wykonać egzekucję i zabić Philipsa Marines mają wszystkich piratów na muszce i na rozkaz zostają zastrzeleni. Philips oszołomiony z zasłoniętymi oczami nie wie co się wydarzyło. Zostaje uratowany, poprowadzony na statek, słyszy ciągle pytanie czy nic mu nie jest, każą mu oddychać, a on jest w szoku i nie może wydać z siebie głosu (najlepsze sceny Hanksa w tym filmie). Somalijczyka pojmano, wsadzono na 30 lat do amerykańskiego wiezienia.


poniedziałek, 14 października 2013

Grawitacja – zagubieni w kosmosie w pustce... w ciszy

Niezwykle rzadko się słyszy o jakimś filmie wyłącznie pochlebne opinie. Jeszcze rzadziej ów pozytywna ocena ma odzwierciedlenie na portalach filmowych gdzie kinomaniacy wystawiają oceny obejrzanym filmom. Jaki musi być to film, który na Fiilmwebie ma średnią 7,8 (jeszcze kilka dni temu miał 8,0. Im więcej ludzi idzie do kina tym rzecz oczywista średnia może spadać) a dla tych, którzy nie szanują opinii polskiej publiczności wystarczyć powinna powalająca nota na Imdb: 8,7 a na Rotten Tomatos 9,1. Noty na tym poziomie osiągają na tych portalach takie klasyki jak Gladiator, Forest Gump, Władca Pierścieni, Piraci z Karaibów, Milczenie owiec czy Podziemny krąg. Oczywiście to, czy Grawitacja utrzyma tak wysokie oceny wraz ze wzrostem głosów to się jeszcze okaże, ale coś niewątpliwie w tym filmie musi być takiego, że się tak podoba. Tylko co?




W trailerze tej produkcji zostaje właściwie zarysowana cala fabuła. W skutek wypadku na stacji kosmicznej dwoje astronautów Ryan Stone (Sandra Bullock) i Matt Kowalsky (George Clooney) będzie musiało walczyć o przeżycie w ekstremalnych warunkach. Sami bez łączności z Ziemią, bez wsparcia Huston dryfują w kosmosie. Ile już filmów takich było, w których super stacje kosmiczne ulegały zniszczeniu a dzielni astronauci potrafili przy niedziałającym sprzęcie wyjść z opresji? (klasyczny Alopplo 13, Armagedon, Czerwona Planeta, Jadro ziemi, Zagubieni w kosmosie). Fabuła Grawitacji nie jest więc oryginalna, jednak sposób nakręcenia tego filmu sprawia, że zapada w pamięć Piękne zdjęcia widoku ziemi z kosmosu, zachodzącego słońca, bezkresnej pustki i operowaniu dźwiękiem: cisza, oddech, bicie serca, muzyka z radia, dynamiczny montaż skontrastowany z powolnymi ujęciami pustki sprawiają, ze jest to widowisko. Co jednak niezwykle widowisko budowane pustką ciszą, a nie bombardujące nas możliwościami technicznymi efektów specjalnych. Film  dwojga aktorów, którzy przez większość czasu unoszą się bezwładnie w przestrzeni kosmicznej, gdzie momentami wraz z przerażoną panią doktor wirujemy w przestrzeni i słyszymy jedynie jej przyspieszony oddech. Matt doświadczony astronauta w sytuacji, gdy mają niewielkie szanse na przeżycie potrafi puścić radio i z największym spokojem powolutku zmierzać do oddalonej o 100 kilometrów stacji kosmicznej (Soyuz), starając się podtrzymać na duchu przerażoną kobietę. Wspomina, że czuł, że coś będzie nie tak z tą misją, że jest blisko pobicia rekordu przebywania w przestrzeni kosmicznej, potrafi zachwycić się wschodem słońca, gdy właściwie wkrótce może umrzeć. (Teraz gdy jestem oddalony od ciebie możesz przyznać, że urzekają cię moje niebieskie oczy, no przyznaj to. – Tak, masz piękne niebieskie oczy… – Moje oczy są brązowe). To zdecydowanie bardzo dobra rola zarówno Sandry Bullock jak i Georga Clooney`a, oboje właściwie wypowiadając niewiele kwestii potrafili stworzyć postaci z krwi i kości (właściwie banalne dialogi, ale jakoś tak wypowiedziane, że okazały się „głębokie”) przez większość czasu słyszymy właściwie tylko ich glosy, ale słowa wypowiadane przez Matta są w taki sposób, że zaczynamy wierzyć, że wszystko będzie dobrze, które to są skontrastowane z bijącym sercem Ryan i dramatyczną sytuacją. Zdecydowanie polecam, film wizualnie wyjątkowy, zapadający w pamięć 8/10.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Gdy Matt i Ryan docierają do rosyjskiej stacji w momencie próby się do niej dostania Ryan zaplątuje się w liny i łapie Matta (by nie odpłynęli w przestrzeń kosmiczną). Matt widząc, że jeśli Ryan będzie go trzymała oboje się odczepią i zginą postanawia puścić, odlatuje w dal przestrzeni kosmicznej. Ryan zrozpaczona w ostatniej chwili dociera do stacji (kończył jej się tlen). Matt póki jeszcze zachowywali kontakt radiowy poinstruował ją, że musi dostać się do chińskiej stacji. Okazuje się, że w kapsule brakuje paliwa i Ryan nie może odlecieć. Załamana postanawia sobie odciąć dopływ tlenu i umrzeć. Wtedy ma wizję wchodzącego do kapsuły Matta, który mówi jej, że lądowanie jest jak start i może wykorzystać procedurę lądowania by poruszyć się kapsułą. Ryan dociera do chińskiej stacji (Shenzhou), gdy ta już spada i powoli wchodzi w atmosferę ziemską. W ostatniej chwili udaje jej się uruchomić kolejną kapsułę (chociaż na symulatorze za każdym razem się rozbijała) i ląduje na ziemi. Kapsuła wpada do morza (łączność radiowa z Huston zostaje odzyskana i informują ją, że ekipa ratunkowa jest już w drodze), Ryan się z niej wydostaje podpływa do brzegu, resztkami sił wstaje na plaży. Przeżyła. Koniec.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Wielki Gatsby – i cały ten blichtr…

Kolejna ekranizacja wielkiej powieści Francica Scotta Fitzgeralda Wielki Gatsby (W wersji z 1970 roku grał Robert Redford i Mia Farrow, według scenariusza Copolli). Wypadałoby znać pierwowzór i domyślam się, że amerykanom ta powieść jest doskonale znana, mnie jednak przyszło obejrzeć tę najnowsza wersję bez znajomości powieści. Od czego jednak jest kino?Oceniam Wielkiego Gadsby`ego jedynie w kontekście tego, co zobaczyłam na ekranie w wersji Luhrmanna. Postać reżysera w tym przypadku jest o tyle istotna, gdyż po zapoznaniu się z jego wcześniejszymi filmami (Romeo i Julia, Australia, Moulin Rouge), a zwłaszcza znając Moulin Rouge można się przygotować na sposób przedstawiania i specyficzną estetykę filmów tego reżysera. Zresztą powraca nie tylko do szaleństwa kolorów i przepychu w swoim najnowszym filmie, ale również ponownie na planie pojawił się Leonardo Di Caprio (Romeo i Julia).
Przyjmując zatem, że miało być kolorowo, miał na ekranie panować luksus, przepych, alkohol, tańce, a momentami obraz na ekranie miał dryfować na granicy kiczu przypominając kalejdoskopowy karnawał w Wielkim Gatsby`m otrzymałam wszystko to, czego się spodziewałam. To nie miał być prawdziwy Nowy Jork roku 1922, to była raczej idylliczna wizja tego miasta tamtych czasów. Sama historia przedstawiona w filmie ani nie jest zbyt skomplikowana, ani oryginalna. Jednak nie o oryginalność historii chodzi w tej tym filmie, raczej o specyficzną estetykę i samą postać Gatsby`ego znakomicie zagraną przez DiCaprio. Młody człowiek, Nick Carraway (Tobey Maguire) z aspiracjami do bycia pisarzem, choć otrzymał pracę jako makler giełdowy, przybywa do Nowego Jorku w roku 1922. Zamieszkał w niewielkim domku, a jego sąsiadem okazał się być tajemniczy milioner. Pan Gatsby (Leonadro DiCaprio) w każdy weekend wydaje przyjęcia, na które nie trzeba mieć zaproszenia, mówi się, że jest spadkobiercą wschodniej fortuny, że zabił człowieka i wiele, wiele innych plotek, choć mało kto może powiedzieć, że poznał Gatsby`ego osobiście. Na samym początku filmu Luhrmann buduje aurę tajemniczości wokół postaci milionera, a gdy już wraz z bohaterem go spotykamy robi on ogromne wrażenie i przez resztę snutej historii wraz z Nickiem, starającym się dostrzegać w ludziach to, co najlepsze, będziemy się zastanawiać kim tak naprawdę jest Jay Gatsby, czego chce, dlaczego wydaje te przyjęcia? Postać jaką wykreował w tym filmie Leo jest momentami pewnym siebie biznesmenem, zdenerwowanym mężczyzną zachowującym się jak mały chłopiec, wizjonerem wierzącym w swoje wielkie marzenie. Na jego twarzy malowało się zaniepokojenie, konsternacja i szaleństwo. Człowiek, który nie potrafi przyjąć zwykłej przyjacielskiej przysługi, który zwyczajne spotkanie na herbatę zamienia w ogromne przedsięwzięcie wymagające oprawy składającej się z setek kwiatów. Gatsby był Jamesem Gatzem, który gonił za marzeniem, za lepszą, bogatszą wersją siebie, niepotrafiącym przyjąć do wiadomości faktu, że nie można powtórzyć przeszłości.
Moim zdaniem z pewnością jest to kwestia czasu nim Leonardo dostanie w końcu zasłużonego Oscara (jego partnerce Kate Winslet z Tytanica udało się to już w 2009 roku za film Lektor, Leo jeszcze nie trafił na odpowiednią rolę). Pozostali aktorzy również dali popis umiejętności aktorskich. Carey Mugillan grająca rolę Daisy momentami grała teatralnie, jakby niektóre sceny polegały miały polegać jedynie na umowności przekazy, a i Joel Edgerton grający Toma Buchama potrafił stworzyć postać nieustępliwego męża z charakterem. Jedynie Tobey niczym mnie nie zaskoczył. Ponownie zagrał naiwnego chłopaka, a na jego twarzy w zestawieniu kreacji Leo zabrakło szerszego wachlarza emocji.
Jest to film, dla osób lubiących zabawę obrazem, estetyką i muzyką, ceniących aspekt wizualny filmu, choć w tym przypadku również warto obejrzeć film dla samego Leonardo DiCaprio. U mnie mocne 7, dobry, ale mną nie wstrząsnął. 
(z podobnych filmów,  które wywołują różnorakie opinie, zahaczająca o kicz i przepych: Wspaniała, teatralna Anna Karenina).

SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Gatsby namawia Daisy, by wyznała w końcu mężowi, że nigdy go nie kochała. W końcu gdy dochodzi do tego mementu Daisy nie potrafi zaprzeczyć, że kiedyś kochała Toma. Gatsby wyprowadzony z równowagi prawie doprowadza do bójki z Tomem. Przerażona jego zachowaniem Daisy nie chce już słychać Gadsby`ego. Daisy i Gadsby wychodzą z pokoju, w którym cale towarzystwo (Tom, Nick, Jorda, Daisy i Gatsby) rozmawiali. Daisy i Gatsby wracali żółtym samochodem. Przejeżdżali koło warsztatu samochodowego. Gdy zobaczyła ten samochód kochanka Toma Myrtle, która kłóciła się z mężem, ponieważ podejrzewał ją o to, że żona go zdradza, Myrtle wybiega na ulice. Zostaje potracona przez złoty samochód i ginie na miejscu. Wracający później tą drogą Tom, Nick i Jordan dowiadują się o wypadku. Tom mówi mężowi zmarłej, że był to samochód Gadsby`ego. Tak naprawdę samochód wtedy prowadziła Daisy, co wyznaje Nickowi później przed domem Buchananów Gadsby. Następnego dnia Gadsby czeka na telefon od Daisy, wierząc, że wszystko sobie poukłada i postanowi do niego wrócić. Nick poszedł pod dom Daisy i zobaczył, że kobieta dała się przekonać Tomowi i postanawiają wyjechać. Następnego ranka Gadsby wciąż wierząc w uczucie Daisy czeka na jej telefon. Zrozpaczony mąż Myrtle strzela Gadsby`emu w plecy i popełnia samobójstwo. W dniu pogrzebu Gadsby`ego nikt z ludzi, którzy odwiedzali jego dom się nie pojawił. Był tam tylko Nick. Daisy również nie przyszła. Zgodziła się wyjechać z Tomem. Gadsby żył tylko marzeniem, nieuchwytnym zielonym światłem i wyobrażeniem dawnego uczucia Daisy. An koniec pozostał mu tylko Nick. Koniec.

niedziela, 17 marca 2013

Poradnik pozytywnego myślenia - postoscarowo i rolach za które można dostać Oscara


Miesiąc po Oscarach, post fatcum obejrzałam w końcu Poradnik pozytywnego myślenia. Osiem nominacji do Oscara, w tym za najlepszy film, najlepszy aktor pierwszoplanowy (Bradley Cooper), najlepsza aktorka pierwszoplanowa (Jennifer Lavrence) najlepszy aktor drugoplanowy (Robert De Niro), najlepsza aktorka drugoplanowa (Jacki Beaver), najlepszy reżyser (David O. Russel, który na swoim reżyserskim koncie ma film Fighter sprzed dwóch lat - za rolę drugoplanową Christian Bale dostał Oskara), najlepszy scenariusz adoptowany i najlepszy montaż. Ostatecznie statuetkę otrzymała jedynie Jennifer Lavrence (która na rozdaniu Oscarów wszystkich oczarowała błyskotliwymi wypowiedziami i zaliczyła upadek w drodze na podium).

Przy takiej ilości nawet samych nominacji można się było spodziewać wyjątkowego filmu. Dlatego zupełnie nie rozumiem, co takiego w tej produkcji urzekło Akademię. To zwyczajna historia dwojga ludzi, nieco niezrównoważonych psychicznie (dosadniej ujmując świrów), którzy się poznają spędzają razem czas. Zwyczajna w tej tematycznej inności, dłużąca się i niestety bardzo z przewidywalną fabułą. Zupełnie nie rozumiem nominacji dla aktorów drugoplanowych. De Niro i Beaver mieli kilka udanych scen rodziców zmagających się nieokrzesanym nieco synem i całkiem udanie De Niro zagrał człowieka z „natręctwami”, ale bez przesady. W kategorii aktor drugoplanowy to już na pewno lepiej w tym roku wypadł Tommy Lee Jones w Lincolnie niż De Niro w Poradniku (Cieszę się, że nagrodę dostał Waltz, choć wyjątkowy wydaje się być tylko w filmach Tarantino).  Przyznać mogę, że scenariusz napisany całkiem zgrabnie (odpowiednio dawkowane są informacje dotyczące tego, co sprawiło, że bohaterowie przeszli „załamanie psychiczne”, dobre dialogi, choć zakończenia ociera się o banał. Finałowa scena tańca – serio?). W kwestii odtwórców głównych ról, śmiem twierdzić, że najłatwiej „wybić się” grając wariatów. To obiegowa opinia i nie odkrywam tu niczego nowego. Jest chyba coś takiego, że aktorzy chętnie wybierają role wyrazistych czarnych charakterów, czy właśnie psychopatów, wariatów, bo takie role dają im możliwość pokazania wachlarza skrajnych emocji. Nie jeden, nie dwóch czy nawet trzech aktorów dało się poznać rolą niezrównoważonego psychicznie bohatera. Tak pierwsi lepsi z brzegu: Jack Nicolson w Locie nad kukułczym gniazdem, Anthony Hopkins w Milczeniu owiec, Penelope Criuz w Vicky Christinę Barcelonie, Kevin Spacey w American Beauty [tak na marginesie zupełnie, to polecam nowy serial z jego udziałem House of cards – tu też Spacey pokazuje jak grać dobrze potrafi),  F. Murray Abraham w Amadeuszu,  Dustin Hoffman w Rain Manie, Katy Bates w Misery.  O wiele trudniej chyba stworzyć kreację spokojnego bohatera, która to jednocześnie zapada w pamięć widzom (Mówi się, że w zeszłym roku Mertyl Streep w końcu dostała Oscara właściwie za całokształt. Ciągle była nominowana właściwie od lat `80 nie zdobywając statuetki. Ja uważam, że właśnie za Żelazną damę dostała statuetkę zasłużenie, ponieważ wciąż w pamięci mam scenę z tego filmu, gdy u lekarza z niezwykłym spokojem na twarzy, stonowana dama wypowiada słowa: Jeśli wypowiem to co myślę, słowa mogą przerodzić się w czyny. Czyny mogą stać się nawykami….choć sam w sobie film nie był wybitny.

Podsumowując: Poradnik Pozytywnego myślenia był dla mnie filmem zwyczajnym, z owszem, udanymi kreacjami aktorskimi, ale gdyby nie te liczne nominacje, nie wiem czy w ogóle zwróciłby moja uwagę. W ramach przyzwoitości 7/10. Czy jest to film z serii „musisz obejrzeć”, „zapamiętam na długo” (Typu tegoroczne Django, czy Życie Pi), nie, na pewno nie.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Pat jedzie na mecz, wdaje się w bójkę. Drużyna, na którą jego ojciec postawił wszystkie pieniądze przegrała. Wszyscy spotykają się w domu. Przychodzi Tiffany wściekła, ze Pat nie zjawił się na treningu. Ojciec pata obwinia ją o pecha. Dziewczyna wyjaśnia mu, że to właśnie spotkania z nią przynosiły szczęście drużynie Orłów. Dochodzi do skumulowanego zakładu. Jeśli drużyna wygra następny mecz a pat i Tiffany uzyskają 5/10 w konkursie tanecznym, w którym maja wystąpić ojciec odzyska swoje pieniądze. Pat nie chce brać w tym udziału, wychodzi z domu, przypomina sobie słowa Tiffany o odczytywaniu znaków i zdaje sobie sprawę, ze to ona napisała list od Nikky. Tiffany i rodzice Pata ustalają, że powiedzą Patowi, ze Nikki będzie na konkursie tańca żeby tam poszedł. Dzień meczu i konkursu. Tiffany widzi, że Nikki przyszła z jej siostrą na konkurs. Jest zła, upija się przy barze. Pat widzi Nikky, ale szuka Tiffany. Biorą udział w konkursie. Ich taniec jest dziwy, eklektyczny. Dostraja dokładnie 5/10. Wszyscy się cieszą, zakład wygrany, ponieważ drużyna również wygrała mecz. Pat rozmawia z Nikky, Tiffany wybiega zazdrosna z budynku. Pat ja dogania i mówi, że ma dla niej list. Napisał, ze wiedział, że to ona napisała list od Nikky i że to ona okazała się bardziej szalona od niego, że mu pomogła i że ją kocha. Wszyscy w domu wspólnie oglądają kolejne mecze. Happy end.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Niemożliwe - czy przeżyli, czy się odnajdą?


Hollywood lubi prawdziwe historie, widzowie chyba też? Na mnie specjalnie nie działa nagłówek „to zdarzyło się naprawdę” zwłaszcza, jak producenci usiłują mi wcisnąć coś takiego, kiedy serwują mi na ekranie horror, filmy o egzorcyzmach. Właściwie to wolę „zawieszenie niewiary” i uznać, że to co oglądam jest fantazją, niż brać to, co widzę na ekranie na serio (Tak, lubię SF). Jednak jest także maksyma, że to życie pisze najlepsze historie. Jest to dla mnie do przyjęcia, kiedy na ekranie ma się rozgrywać dramat, dramat ludzki. Ma to tę zaletę, że w tego typu historiach nie mamy hollywoodzkiej gwarancji z serii „i żyli długo”, „jednak wszystko się udało”,  ponieważ, jak wiemy takie rzeczy to tylko w bajkach (tych także filmowych). 

Niemożliwe jest inspirowane prawdziwymi losami pewnej rodziny, która padała ofiarą Tsunami w Tajlandii w 2004 roku. Ona, on, trzech synów. W pięknym hotelu w słońcu bawili się przy basenie. Wtem zalała ich ogromna fala i rozdzieliła. W dobrym filmie, jakim jest Niemożliwe, kiedy już za nami jest spektakularny obraz Tsunami zalewającego wybrzeże, obrazy niszczonych budynków i ranionych ludzi, to co nam pozostaje i sprawia, że wciąż z uwagą śledzimy fabułę rozgrywającą się na naszych oczach, to czekanie na odpowiedź na pytanie, z którym jesteśmy pozostawieni: Czy tej rodzinie uda się przeżyć, czy się odnajdą? Jak zaznaczyłam na wstępie w przypadku historii prawdziwych,  wcale nie jest takie pewne, czy wszyscy przeżyją. Matka  (Naomi Watts) i najstarszy syn Lukas nie wiedzą, czy Ojciec (Ewan McGregor) i dwaj młodsi bracia Lucasa przeżyli. Właściwie chłopak, jest pewien, że został z tylko z ciężko ranną mamą.

Naomi Watts została nominowana do Oscara za tę rolę. Kiedy jednak przypominam sobie zeszłoroczną wygraną Meryl Streep (Żelazna Dama), czy choćby Michelle Williams z filmu Mój tydzień z Marylin, to myślę sobie, że Naomi nie pokazała nic wyjątkowego, nic tak zapadającego w pamięć, by zdobyć statuetkę (Jednak nie widzę też poważnej konkurentki w tym roku, chociaż nie widziałam jeszcze pozostałych filmów, z których aktorki zostały wyróżnione). Już chłopiec grający rolę Lucasa miał w tym filmie o wiele więcej do pokazania, naprawdę świetnie wypadł. To w jego oczach widać było smutek, przerażenie, prawdziwe emocje.

Film trzyma w napięciu (wspomniane pytanie: czy przeżyli? Czy się odnajdą?), ukazuje ludzki dramat. Kilka wzruszających momentów ludzkiej empatii  gdy jedni straciwszy wszystko, współczując potrafią użyczyć telefonu, podczas gdy inni, mający się całkiem nieźle, nam tego odmawiają. Ciągły niepokój o życie, o los bliskich towarzyszy nam na ekranie. Sceny szukania członków rodziny w szpitalu, wysiłki Lucasa, by pomóc innym. Wspaniała historia o przetrwaniu i współczuciu. Mnie bardziej urzekły dramaty ludzi, niźli pokazane Tsunami. Film bardzo dobry, te prawie dwie godziny minęły mi niezwykle szybko i byłam zdziwiona, że to już koniec. Dla wszystkich. Polecam. Troszkę słabe, ale jednak 8/10.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Lucas po tym jak wraca do łóżka matki po tym jak pomógł w poszukiwaniach innym pacjentom, zastaje puste łóżko  Pracownicy szpitala odprowadzają go do „sierocińca” przed szpitalem. Chłopiec jest przekonany, że matka umarła. Ojciec szuka Lucasa i żony, wraca do hotelu. Dwaj jego młodsi synowie przeżyli, są razem (jeden był na drzewie, drugi na palmie). Ojciec wysyła dwóch chłopców w góry, gdzie są ewakuowani wszyscy, którzy przeżyli, ale sam postawia zostać, by szukać żony i Lucasa. Jeździ po hotelach i innych schronach. Lucasowi opieka szpitalna pokazuje kilka drobiazgów (zegarek, kolczyki, obrączka) i pytają, czy je poznaje. Okazuje się, ze zaszła pomyłka, matka Lucasa żyje, była na operacji. Chłopiec zostaje przy matce, która ma mieć kolejną operację na nogę jak tylko nabierze więcej sił. Ojciec przeszukuje szpital, w którym jest żona i Lucas, nie znajduje ich na liście (mija się właściwie z Lucasem), wychodzi i idzie do samochodu, którym przyjechał. Lucas go w oddali dostrzega i biegnie za nim. Zgubił go, w akcie rozpaczy krzyczy „tato” . Usłyszeli go dwaj jego młodsi bracia, którzy na chwilę wysiedli z ciężarówki, którą byli przewożeni. Biegną do Lucasa, wpadają sobie bracia w ramiona. W tym momencie Lucas widzi ojca. Wszyscy wpadają sobie w ramiona. Rodzina jednoczy się nad łóżkiem matki. Kobieta ma kolejną operację. Przeżyła. Wracają wszyscy razem do domu samolotem. KONIEC.

środa, 6 lutego 2013

Lincoln – czyli Spielberga filmy pełne patosu


Kolejny tegoroczny film Oscarowy za mną. Lincoln dostał 12 nominacji do Oscara (w tym oczywiście nominacje w tych najważniejszych kategoriach: najlepszy film, najlepszy reżyser, aktor pierwszoplanowy, aktor drugoplanowy, plus te techniczne) i siedem nominacji do Złotego Globa (Z czego przyznano mu jedynie jedną nagrodę w kategorii najlepszy aktor w dramacie: Daniel Day-Lewis). Po obejrzeniu tego filmu śmiem prorokować, że na nominacjach się skończy. Są w tym roku lepsi. Na pewno Les Miserables a i Życie Pi stanowi dużą konkurencję, ponadto po rozdaniu Globów nie można również lekceważyć Operacji Argo (choć seans tego filmu i pozostałych nominowanych w kategorii najlepszy film jeszcze przede mną). Spielberg wie jak się kręci filmie o tematach ważkich, wie jak wywołać ciarki a nawet wie jak wywołać łzy. To Spielberg nakręcił Listę Shindlera i Szeregowca Rayana. Myślę, że Lincoln skończy podobnie jak Czas wojny,  zeszłoroczny film Spielberga nominowany do Oscara w 6 kategoriach, mało tego: moim oczywiście czysto subiektywnym zdaniem, Czas wojny był o wiele lepszy. Nie miał jedynie wybitnej roli pierwszoplanowej (jak bardzo mi się ten film podobał pisałam tutaj). Spielberg znowu poruszył kwestię niewolnictwa swoim filmie (Amistad moim zdaniem był o wiele lepszy, również nominowany do Oscara w kilku kategoriach, nie dostał żadnego).


Lincoln to właściwie nie film o samym Lincolnie, szesnastym prezydencie Stanów zjednoczonych, a właściwie historia przyjęcia 13 poprawki (znoszącej niewolnictwo). W filmie jedynie delikatnie napomknięte są szczegóły z życia prezydenta (rozpacz Mary Todd po śmierci syna) jego stosunki z synami (Joseph Gordon- Levitt w roli Roberta Lincolna, ostatnio mam wrażenie, ze tan aktor pojawia się wszędzie). Reszta filmu to polityka, rozmowy, przekonywanie senatorów, liczenie głosów, rozmowy i znowu polityka. Dla kogoś niezbyt dokładnie zorientowanego w historii Stanów Zjednoczonych i układzie partii (demokraci i republikanie) i nazwisk ważnych polityków to seria debat, rozmów i politycznych gierek (Zaliczam się do tych ignorantów, ponieważ nie wiedziałam kim był  Thaddeus Stevens, a dla mnie Wojna secesyjna to głownie tło dla losów Scarlett O`Hary).
Abraham Lincoln dla mnie w tym filmie był człowiekiem bardzo wysokim, który w ważnych chwilach opowiadał anegdoty (O żonie, która zastrzeliła swojego męża, a ten w testamencie zapisał, że to pewnie ona go zabiła; O prawie Euklidesa: dwie figury przystające do trzeciej są przystające do siebie), znał bardzo dobrze prawo, a w kluczowych momentach, kiedy cały jego trud był w końcu opłacony i powstawała historia, czekał w domu ze swoim synem.
Daniel Day-Lewis miał dobre momenty w tym filmie (bardzo udana pierwsza scena filmu rozmowy z żołnierzami, przytaczanie przez nich przemówienia Lincolna, czemu nie było w filmie tej przemowy? To mogła być scena!), ale nie było to ponadprzeciętne. O wiele lepiej wypadł Tommy Lee Jones w roli Stevensa. To na jego twarzy malowały się emocje, w jego oczach widać było zwątpienie, wewnętrzne zmaganie się z przekonaniami dla dobra ogółu, by przyjąć poprawkę (Nominacja do Oscara, ale w tym roku moim zdaniem niestety ma poważną konkurencję. Trudno dorównać Christophowi Waltzowi kiedy występuje w filmie Tarantino. Niemniej nominacja słuszna). Sally Field (Mary Todd) nominowana do Oscara za rolę drugoplanową nie ma szans z Anne Hathaway (Nędznicy). 
Film miał wzniosłe momenty: przegłosowanie poprawki, rozmowa Lincolna z synem, gdy chciał wstąpić do wojska), które potrafią doprowadzić do wzruszenia, czy nawet dreszczy. Niestety w Lincolnie było tego mało, nie dostrzegłam determinacji prezydenta poza momentami, gdy uderzał w stół. Generalnie był jednak zmęczonym człowiekiem.
Film długi, momentami nużący (za dużo polityki, za mało emocji). Do obejrzenia ale jakoś bez „tego czegoś” co sprawia, że film zapada w pamięć. Dobrze nakręcony, z dobrymi momentami. 7/10. Spielberg mnie trochę rozczarował.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
13 poprawka zostaje przegłosowana  2 głosami (nawet przewodniczący oddał głos). Stevens bierze listę z głosowania. idzie do domu. Tam oddaje kartkę czarnoskórej gospodyni mówiąc jej, że ma dla niej prezent. Stevens ściąga perukę układa się do snu, a wraz z nim w łóżku jest czarnoskóra gosposia i rozmawiają jak dobre małżeństwo, że to dopiero początek. Wojna po kilku miesiącach została zakończona.  Młodszy syn Lincolna jest w teatrze. Ktoś wkracza na scenę i wykrzykuje, ze Prezydent Lincoln został postrzelony.  Lincolna w łóżku leży nieprzytomny, wokoło niego zgromadzeni ludzie, Mary Todd w czerni rozpacza. Lekarz ogłasza zgon. Koniec.