niedziela, 25 stycznia 2015

Birdman – Because I`m Birdman! Czyli o jakich odwołaniach do popkultury pojawiających się w Birdmanie trzeba wiedzieć

Udając się do kina na Birdmana, sądziłam, że przyjdzie mi się zachwycać głównie grą, jak się pisze, powracającego w wielkim stylu Michalea Keatona. Jednak Birdman nie jest tylko filmem dobrej jednej kreacji aktorskiej, ale dwóch, a nawet trzech. Jest również niebanalnie nakręcony, scenariusz pęka w szwach od kulturowych nawiązań do współczesnego show biznesu, gdzie głównym elementem dźwiękowej oprawy są jedynie bębny (Czy tylko ja mam skojarzenia z Whiplashem słuchając tych bębnów?).



Głównym bohaterem filmu jest Riggan Thomson, aktor, który przed laty zagrał w kasowej serii o superbohaterze: Birdmanie. Od tamtej pory nie może się uwolnić od tej łatki, po latach pragnie ponownie stać się gwiazdą, aktorem, ale w produkcji bardziej ambitnej, dramatycznej. Riggan napisał sztukę na podstawie powieści, postanowił wyreżyserować ją i zagrać w niej główną rolę. Chce powrócić na szczyt do czasów, gdy w roku 1992 był gwiazdą.

Mrugnięciem oka do widza Aljeandro Gonzaleza Inarritu reżysera Birdmana było obsadzenie w tej roli właśnie Keatona. Trzeba wiedzieć, że Michael Keaton w roku 1992 
(o którym to roku wspomina bohater filmu, jako dacie swojej ostatniej świetności) zagrał nie kogo innego, ale właśnie superbohatera, "wielkie zaskoczenie": Batmana (Powrót Batmana 1992, wcześniej Batman 1989. Keaton nie dotrwał do części trzeciej). Tego samego Batmana, który w internetowych memach wciąż powtarza: Because I`m Batman! (Jako odpowiedź dobra na wszystko).
Keaton w Birdmanie gra po części siebie. Filmowy Birdman (postać wytworzona przez wyobraźnię Thomsona) jest dosłownie Batmanem, ma jego niski głęboki głos, jest twardy, jest najlepszy, poucza Riggana. To on pragnie wielkości, to on chce powrotu na szczyt. To alter ego bohatera, z którym nieustannie aktor się musi mierzyć. Gdy Riggan „staje się” Birdmanem może wysadzać, przesuwać przedmioty. Wtedy jest wielki. Thomson chce tego powrotu do świetności. Ten Birdman mówi Rigganowi, że ludzie nie chcą ambitnych sztuk, ludzie chcą oglądać blockbustery, wybuchy i latających superbohaterów. Na ulicy ludzie wołają za Rigganem: Birdman! Chcą zrobić sobie z nim zdjęcie, dla nich on wciąż jest postacią, którą odgrywał przed laty. Podczas wywiadu, gdy wspomina o Birdmanie 4 (że celowo odmówił zagrania w kolejnej części, by się rozwijać i grać w czymś ambitniejszym) japoński inwestor ekscytuje się na samą wzmiankę o możliwości powstania tego filmu. To jest wciąż na topie.
W pewnej scenie Riggan opowiada, że leciał samolotem w którym kilka siedzeń przed nim siedział również George Clooney. Kiedy podczas lotu pojawiły się poważne turbulencje Riggan nie myślał o tym, że umrze, ale czuł się okropnie ze świadomością, że jeśli dojdzie do katastrofy na pierwszych stronach gazet pojawią się nagłówki, że Clooney zginał, nie on. I tu kolejne mrugniecie okiem, ponieważ i Clooney grał superbohatera. W jednej z gorszych części, ale jednak. George był Batmanem (Batman Forever).

Wcielając się w postać Riggana Keaton pokazał ogromny dystans, ponieważ po prawdzie od czasów Batmana zagrał w wielu znanych filmach, ale nie były to wielkie główne role. Tym razem przez cały film oglądamy jego, gdzie pokazuje, jak dobrze potrafi grać. Keaton teraz niczym jego filmowy Birdman powraca na szczyt nagrodzony już Globem, kto wie czy nie Oscarem, O ironio…? 

W chwili gdy może nie całkiem przypadkowo jeden z aktorów dostaje lampą w głowę i trzeba go błyskawicznie w sztuce zastąpić Riggan wymienia swojemu agentowi kolejne nazwiska, a ten mu odpowiada, że wszyscy są zajęci:

- Załatw Fassbendera! – Kręci teraz prequel X-menów. (Michael Fassbender odgrywa rolę młodego Magneto w prequel-owych X-menach) – To tego który grał w Hurt Lokerze (Hurt Locker – Oskar 2010) - Jeremy Reener? Gra teraz w Avengersach (Reener odgrywa w Avengersach rolę Łucznika Sokole oko). – Co się porobiło? Wszystkich teraz się poubierali w peleryny? Riggan ogląda w telewizji jak mówi się o Robercie Downey Juniorze, który właśnie świeci sukcesy przedłużając swoja popularność jako Iron Mana grając w Avengersach. Ponadto w filmie na jednym z banerów w mieście możemy zobaczyć plakat z najnowszego Supermana, kontynuujący trop super bohaterski (Bo faceci w pelerynach są teraz na topie).

Do sztuki udaje się zwerbować Mike`a, którego zwolniono właśnie z innej produkcji, a właściwie sam odszedł. Tak się składa, że rolę kłopotliwego i nieprzewidywalnego Mike`a odgrywa Edward Norton, ten sam Norton, który słynie z tego, że ponoć trudno się z nim współpracuje i że jednocześnie to aktor w pełni angażujący się w odgrywane przez siebie role. (Krążą plotki, że utrudnianie pracy na planie mogło być jednym z powodów dla którego Norton nie wystąpił w Avengersach ponownie w  roli Hulka. Trzeba wiedzieć, że Norton zagrał Increlible Hulka i podkreślam ponoć  Marvel miał nienajlepsze doświadczenia z współpracy z tym aktorem). Znowu aktor, który ma na koncie rolę superbohatera, znowu aktor, który po części odgrywa siebie?

Norton pokazał kawał świetnej gry aktorskiej, serię „przeobrażeń” na scenie. Jest w Birdmanie nieprzewidywalnym trudnym, ale jednocześnie genialnym we współpracy performerem. Można by mówić o przeszarżowaniu aktorskim, gdyby nie to, że prawdopodobnie miało to właśnie tak wyglądać. (Nominowany do Globa i do Oscara za tę rolę Edward Norton).

Wspólne sceny Riggana i Mikae w Birdmanie są świetnym pokazaniem jak różnie można zagrać te same kwestie (i tu świetna gra Keatona i Nortona), jak wygląda przygotowywanie się do roli. Jak aktorzy „wczuwają się” w swoje postaci. 

Gdy dochodzi między nimi do konfliktu Mike krzyczy na Riggana pytając się kim go może zastąpić. Ryanem Goslingiem? (I tu trzeba wiedzieć, że Gosling jest ostatnio na fali).

Córka Riggana (Emma Stone) wymawia mu, że chce popularności, powrotu na szczyt, ale nikogo on nie obchodzi, Riggan jest nie na czasie. Nie czyta blogerów, nie wie co to Twitter, nie ma nawet konta na Fecbooku, to tak jakby nie istniał! (Dziś żeby istnieć trzeba mieć profile na portalach społecznościowych). Emma ponownie nie zwodzi i znowu odgrywa świetną rolę i ma kilka świetnych tekstów w tym filmie.

W pewnym momencie agent Riggana próbuje go zmotywować, mówiąc, że ponoć Scorsese szuka obsady do nowego filmu (Wszyscy chcą grać u Scorsese, a najlepsze jest to, że aktorki podsłuchujące rozmowy podekscytowane chcą wiedzieć, czy to prawda).  Mówi mu, żeby się nie przejmował, że załatwi  mu chirurga plastycznego Meg Ryan! (Ponownie wystarczy sobie sprawdzić jak aktualnie wygląda Meg, by nie mieć wątpliwości, że jest porządnie „naciągnięta” i z pewnością korzystała z operacji plastycznych).

Obsada Bridmana została specyficznie dobrana. W pewnym sensie, jak napisałam, aktorzy odgrywający w nim główne role grają samych siebie. Rzucane przez nich w dialogach nazwiska i świadomość tego do czego nawiązują sprawia, że Birdman staje się popkulturowym portretem aktualnych kinowych trendów (Superbohaterowie są na topie i większość znanych aktorów ma na koncie taka rolę). Ponadto jest świetnym psychologicznym portretem podstarzałego aktora, dokumentem zza kulis niełatwego procesu powstawania broadwayowskiej sztuki. 119 minut wielowarstwowego obrazu.

Film nakręcony jednak nie z rozmachem jakiego współcześnie oczekujemy po wielkich kinowych produkcjach (jak sobie w pewnym momencie wyobraża Riggan), ale właściwe prawie dokumentalną kamerą, gdzie przez większość czasu podążamy wąskimi teatralnymi korytarzami za bohaterem i oglądamy jego plecy, a za tło muzyczne wystarcza perkusja. W recenzji jaką Pani krytyki pisze do Timesa wspomina, że Rigan stworzył nowy format na scenie. Alejandro González Iñárritu stworzył z pewnością film niebanalny i wyjątkowy.

Absolutnie pozycja obowiązkowa 8/10 (Tylko, ponieważ noty wyższe dostają u mnie filmy, które mną wstrząsają, poruszają, trafiają w to co najbardziej lubię oglądać na ekranie. Tak, zazwyczaj są to blockbustery z których „kpi’? się w Birdmanie).


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Jak można było przewidzieć mniej więcej od połowy filmu (Mike mówi Rigganowi, że widzi, zatyczkę w pistolecie kiedy ten do niego mierzy i mówi mu, żeby przywiązywał większą wagę do realizmu) podczas premierowego przedstawienia pod wpływem załamania nerwowego? (po tym jak Pani krytyk zapowiedziała mu, że i tak zniszczy jego sztukę, bo nienawidzi takich jak on, bo on nie jest aktorem, on jest celebrytą). Riggan strzela sobie w twarz w finałowej scenie, a prawdziwa krew rozbryzguje się na widownię. Jednak film nie kończy się w tym momencie. Jak na ironię przystało Riggan odstrzelił sobie tylko nos, a sztuka odniosła ogromny sukces. W Timesie pojawiła się przychylna recenzja. Riggan osiąga swój cel w skutek „nieoczekiwanych pożytków niewiedzy” (i nieudanej próby samobójczej). Riggan ściąga bandaże i ma spuchnięty duży nos, jak Birdman. Podchodzi do okna. Wyskakuje. Córka wraca do pokoju wygada przez okno i patrzy w górę. Koniec.
Jest to zakończenie otwarte i można różnie to interpretować. Ponieważ Sam patrzy w górę, tak jakby Riggan naprawdę poleciał niczym Birdman.  Albo więc Riggan się zabił, a córka była trochę na haju patrząc w górę, albo jest to metaforyczne wyskoczenie przez okno. Uwolnienie się od łatki superbohatera i marnego aktora. Można dyskutować.

niedziela, 18 stycznia 2015

Gra tajemnic - kryptografia, tajemnice, szpiegostwo i niezrozumiany geniusz

Nie powinnam zaprzeczać, że ostatnio choćby Benedict Cumberbatch miał grać nieme drzewo to i tak film z jego udziałem byłby pozycją obowiązkową na mojej liście „do obejrzenia”.  Ostatnio próbował oderwać się od wizerunku genialnego detektywa grając różne postaci (Sierpień w hrabstwie OsageW ciemność. Star TrekPiąta władza, Zniewolony).  W końcu w kinach możemy Cumberbatcha zobaczyć w roli podobnej (jak dla mnie jest to in plus, ale można by się czepiać) do tej jaką stworzył w Sherlocku i za rolę Allana Turinga został nominowany do Złotego Globa (niestety skończyło się tylko na nominacji) i do Oscara (tu tez prawdopodobnie skończy się tylko na nominacji, ponoć Keaton powraca w wielkim stylu rolą w Birdmanie i jest bezkonkurencyjny – do zweryfikowania w przyszłym tygodniu gdy film wejdzie do polskich kin).




Przez 113 minut w Grze tajemnic oglądamy Allana Turinga, profesora Cambridge, kryptografa, „skromnego” geniusza, który przybywa do Bletchley na rozmowę w sprawie nietypowej pracy. Allan wraz z zebranym najlepszym zespołem specjalistów do łamania szyfrów i lingwistów miał złamać kod Enigmy. To nie jest jednak film wojenny, polityczny o łamaniu niemieckiego szyfru i nie będę tu się spierać, czy było tak naprawdę, czy pominięto tu wkład Polaków (Jak ktoś słusznie policzył Polacy są wspomniani w filmie trzykrotnie,  gdy pada zdanie, że polski wywiad przechwycił maszynę, drugi, gdy wspomina się o inwazji Niemców i trzeci gdy Allan wspomina wcześniej złamanym kodzie przez Polaków).
Gra tajemnic to film o Allanie Turingu, to biografia. Morten Tyldum (reżyser, o którym pierwsze słyszę, choć po sprawdzeniu jego filmografii okazuje się, że ma na swoim koncie świetny skandynawski thriller Łowcy głów) rozpoczyna swój film od zeznań Allana na komisariacie policji i pod koniec do tego przesłuchania powraca (klamra kompozycyjna). To historia kryptografa, prekursora informatyki, twórcy maszyny, którą dziś nazwalibyśmy komputerem (maszyny, której Allan nadał imię Christopher). W filmie pokazana jest młodość Turinga, głównie łamanie kodu Enigmy, ale i losy Allana po zakończeniu wojny.

W wydaniu Cumberbatcha Allan to postać nierozumiejąca ironii, czy żartów. Człowiek przekonany do swojej racji i tego, że tylko on może złamać Enigmę dzięki swojej maszynie. Bezpośredni, logicznie wykładający swoje racje, niezważający na uczucia innych, jednocześnie człowiek wrażliwy i społecznie wyizolowany. W filmie możemy podziwiać serię świetnych scen, jak pojecie przez Turinga „łańcuchu dowodzenia” i zdobycie zgody Churchilla na prowadzenie zespołu (Jeśli pan mnie nie słucha, kto jest w takim razie Pana przełożonym?), dyskusję dotyczącą obiadu (Powiedziałeś, że idziecie na obiad, nie zapytałeś mnie czy idę z wami), specyficzną rekrutację (krzyżówka zamieszczona w gazecie i brak z jego strony dyskryminacji kobiety. ważne było co ona potrafi), próby przystosowania się (Powinniście mnie lubić, dlatego przyniosłem wam jabłka).
Scena w barze, gdy  Hugh podrywa kobietę, przypomina tę z Pięknego umysłu, gdy geniusz doznaje olśnienia. Czasami kilka uwag czy żartów potrafi sprawić, że następuje ogromny przełom.

[Turning to postać przypominająca Sherlocka (tego w brytyjskim wydaniu Benedicta) czy Sheldona Coopera (Teoria wielkiego podrywu) naznaczona jednak tragizmem (końcowe sceny filmu), geniusz jakich uwielbiamy oglądać na ekranie].

Oprócz świetnego Cumberbatcha w filmie możemy oglądać równie dobrą Keirę Knightley (również była nominowana do Globa i jest nominowana do Oscara), uroczą i niewinną jak za czasów to Właśnie miłośćPonadto możemy zobaczyć również serialowych aktorów: Matthew Goode z Żony idealnej (dobry występ), Allen Leech z Downton Abbey, Charles Dance z Gry o tron.

To film, którego scenariusz zdecydowanie zasłużył na nominację do Globów i Oscara (kategoria scenariusz adoptowany. Film na podstawie książki Andrew Hodges Enigma. Życie i śmierć Alana Turinga). Świetne dialogi w wykonaniu znakomitej obsady. Bardzo dobry film, nawet przez chwilę się nie dłużył, z serią świetnych scen w wykonaniu Cumberbatha i głównie za jego kreację 9/10. Po rozdaniu Globów można spekulować, że i Oscarów nie będzie (zbyt duża konkurencja w postaci konkurencja Boyhood i Birdmana), ale warto i trzeba zobaczyć.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Turing w wyniku olśnienia w barze łamie kod Enigmy (ustawili powtarzające się w każdej wiadomości słowa co sprawiło, że skróciło to czas łamania kodu prze maszynę Turinga). Turing postanawia, że nie mogą przekazywać wszystkich zdobytych informacji do dowództwa, ponieważ Niemcy zorientowaliby się, że złamali kod i przeprogramowali Enigmę. Ustalili, że w wyniku obliczeń statystycznych będą przeciwdziałać działaniom na froncie tylko w tych przypadkach w których Niemcy nie domyślą się, że kod został złamany. Tragiczne, niczym Bóg musieli decydować kto zostanie uratowany, a kto nie. Historycy szacują, że złamanie kodu Enigmy skróciło wojnę o dwa lata. Cały zespól po zakończaniu wojny się rozchodzi, by prawdopodobnie nigdy więcej się nie spotkać. Wszystkie materiały zostały zniszczone, na wypadek gdyby ponownie miało dojść do wojny wszystko zostało zachowane w tajemnicy. Nikt nie widział o wkładzie Turinga. W 1952 roku Turing zostaje skazany za nieprzyzwoitość (w wyniku włamania do jego domu, została ujawniona jego orientacja homoseksualna, co wtedy w Wielkiej Brytanii było nielegalne). Dano mu do wyboru więzienie lub kurację hormonalną. W filmie widzimy, jak Joan odwiedza załamanego pod wpływem leków niezdolnego praktycznie do pracy Allana. Joan jest zaręczona, pociesza Allana, który nie może pracować. Na ekranie pojawia się informacja, że Allan w rok po rozpoczęciu kuracji hormonalnej popełnił samobójstwo.

niedziela, 11 stycznia 2015

Exodus: Bogowie i Królowie – biblijna mega produkcja w klasycznym stylu

Ridley Scott jest marką samą w sobie. Jest jednym z tych reżyserów, na którego filmy chodzę do kina w ciemno. To gwarancja kina co najmniej dobrego. Przy okazji kolejnych premier kinowych wszyscy żywią nadzieję, że ponownie zobaczymy coś na miarę kultowego Gladiatora (tak, kultowego, bo Gladiator Scotta jest jednym z tych filmów, które trzeba znać, a poszczególne sceny są rozpamiętywane we wszelkiego rodzaju listach top).  Sukces tego filmu próbował Scott powtórzyć w kolejnych swoich produkcjach odświeżając Robin Hooda (ponownie angażując Russella Crowe) i biorąc się za ”nawiązanie” do kultowej serii o Obcym kręcąc Prometeusza. Sukcesu jednak nie dało się powtórzyć bo Robin Hood z Costnerem to klasyka moim zdaniem nie do pobicia, a Prometeusz nie zachwycił jak miał zachwycić (trudno sprostać wygórowanym oczekiwaniom).

Ponadto zabieranie się za historię biblijną nie jest niczym oryginalnym, ponieważ zaledwie przed rokiem mogliśmy oglądać na ekranach film Arfonsky`ego Noe wybrany przez Boga (i żeby było ciekawiej w roli głównej Russel Crowe). Do tego Scott podszedł do tematu nieco mniej ambitniej niż Arfonsky.

Exodus: Bogowie i Królowie jest filmem wysokobudżetowym, nakręconym klasycznie z wielkim rozmachem, bez zbędnego filozofowania, gdzie stawia się na spektakularne sceny bitewne, szerokie plany, świetną scenografię. I dobrze. Noe był filmem dobrym, jednak jak na Arfonsky`ego przystało jednak trochę bardziej ambitnym. Exodus to czyste kino rozrywkowe w gwiazdorskiej obsadzie.



Pierwsza część filmu, w której poznajemy Mojżesza-dowódcę (Christian Bale) i możemy obserwować spektakularne sceny bitewne (walka z Hetytami), szerokie  plany robią ogromne wrażenie (przewracające się konie, rzesze żołnierzy, widoki na miasta, imponujące budowle, setki pracujących niewolników) jest bardziej dynamiczna i interesująca. Potem musimy przebrnąć przez kolejne plagi egipskie (choć i tu świetnie pokazane ataki krokodyli, płonące sady, żaby, muchy), ale jednak od tego punktu film zaczyna się dłużyć i staje się zbyt monotonny. 

Ciekawsze są wydarzenia nieznane powszechnie z biblii, czyli rywalizacja Ramzesa i Mojżesza, przepowiednia kapłanki egipskiej i jej spełnienie się na polu bitwy. Duch rywalizacji, walka o utrzymanie władzy dobrze wypada przy jednoczesnym pokazaniu braterskiego przywiązania. Mojżesz również przechodzi przemianę z pewnego siebie dowódcy w zwykłego pasterza, którym momentami targają wątpliwości, gdy Bóg mu nie odpowiada. Bardzo na plus zaliczam przedstawienie Boga jako chłopca w wizjach Mojżesza. Nie ma na szczęście w filmie przesadnego „jawnego i spektakularnego” działania Boga. Poczynania Mojżesza w początkowej fazie mogły być jedynie efektem uderzenia w głowę, szaleństwem człowieka, który ma omamy i zwidy. 
Moim zdaniem szkoda, że nie utrzymano tej konwencji ściśle do samego końca. Exodus byłby lepszy, gdyby poprzestano tylko na królach pozostawiając Boga jedynie w kwestii domysłów, objawiającego się jednie poprzez zrządzenia losu, przypadku (jak tłumaczą doradcy Faraona kolejne plagi Egipskie). Lepsze byłoby trzymanie się „faktów” historycznych. Niestety ostatnia plaga egipska i uchronienie dzieci Izraelitów przed śmiercią (i uśmiercenie jednej nocy dzieci Egipskich) daje tu potwierdzenie „działań jednak boskich” (można było to zastąpić chorobą, epidemią, na które były zwyczajnie odporne dzieci Izraelitów, co trwało dłużej), zwłaszcza, że w dalszym etapie Mojżesz musiał polegać na sobie, a rozstąpienie się Morza było pokazane „realistycznie” jako moment odpływu. Mojżesz jest tu przedstawiony nie jako człowiek, który nagle doznał objawienia i w stu procentach pozostawia wszystko działaniom boskim. Z początku działa taktycznie, planuje działania wojenne, jest cierpliwy i wie, że wyzwolenie Izraelitów wymaga czasu. W całości filmu powinna być utrzymana koncepcja omamów i zrządzeń losu bez spektakularnego działania boskiego, gdzie poczynania Mojżesza były wynikiem jego rozmów z Bogiem wyglądających jak mówienie do siebie (tak widział to obserwujący go brat). 
małym zgrzytem jest tu brak tej spójności (albo Bóg działa jawnie poprzez plagi, albo plagi można wyjaśnić gliną w Nilu, jego zanieczyszczeniem i spowodowaniem wyjściem żab na brzeg, co spowodowało plagę much, ponieważ zjadające je żaby zdechły).

Gdyby to nie był nawet film Scotta wystarczyłby mi Christian Bale w głównej roli by film trafił na moją listę „must see”. Jak dla mnie Bale nie zawodzi. Tu również o wiele lepsze są początkowe sceny, gdzie obserwujemy Mojżesza wielkiego dowódcę Egipskich wojsk, niezwyciężonego na polu bitwy, rozsądnego przywódcę dyskutującego z Faraonem i wicekrólem. Potyczki zarówno te słowne jak i na miecze pomiędzy Mojżeszem i Ramzesem (równie dobra rola Joela Edgertona) to świetne sceny. 
W filmie oprócz Bale`a w rolach drugoplanowych możemy też zobaczyć Bena Kingsleya (Nun), choć jago kreacja nie jest zbyt ciekawa. O wiele lepiej wypada postać starego Faraona i wice króla. Szkoda występu Sigourney Weaver, ponieważ pod egipską peruką dla mniej uważnego widza mogłaby być nierozpoznawalne, a do zagrania miała ledwie kilka zdań.

Film warty obejrzenia dla świetnych scen batalistycznych i szerokich ujęć (świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego), dla fanów Bale`a oczywiście pozycja obowiązkowa. Dla mnie 8/10 z zastrzeżeniem, że mam słabość do takiego kina. Są niedociągnięcia, ale dobrze się ogląda. Warto obejrzeć w kinie.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Film jak na historię o Mojżeszu kończy się nietypowo. (albo filmy kończą się przekroczeniem morza czarnego, albo dotarciem do Kanan i śmiercią Mojżesza niedotarwrszy do Ziemi obiecanej). Klasycznie jest to pokazane w animacji Disney`a Książę Egiptu.

Po przekroczeniu morza widzimy po latach marszu, jak Mojżesz wchodzi na górę Synaj. Widzimy jak wystukuje na płytach dziesięcioro przykazań rozmawiając z Bogiem (znowu utrzymano koncepcję, że Mojżesz zrobił tablicę a nie nagle zostały one mu zesłane przez Boga). Potem po latach już bardzo stary jedzie w wozie z Akrą Przymierza. Koniec.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Wielkie oczy – Burton w formie!

Nareszcie chciałoby się rzec. Burton powrócił do formy. Jego ostanie filmy niestety nie zachwycały, a reżyser zdawał się zaczynać zjadać własny ogon odświeżając swoją animację z lat osiemdziesiątych Frankenweenie. W końcu wyrwał się ze współpracy wciąż z tymi samymi aktorami, choć nie można zaprzeczyć że duet Depp i Bonham Carter zagrali razem w jednych z lepszych filmów reżysera. Mroczne cienie z 2012 roku były filmem jedynie dobrym z jak zwykle fantazyjnie ucharakteryzowanym Johnnym i Heleną i ciekawą kreacją Ewy Green (która ostatnio jest już wszędzie powielając raz sprawdzone kreacje aktorskie), ale film ten nie zachwycał.

Miałam nadzieję po spadku formy Barton znowu nakręci coś w stylu Soku z żuka czy Edwarda Nożycorekiego. Na ekranach kin pojawiły się jednak  Wielkie oczy. Dziwne smutne duże nieproporcjonalnie wielkie oczęta sierotki spoglądają z filmowego plakatu. Burton nakręcił biografię.



To właściwie nieskomplikowana historia małżeństwa Keane. W trailerze otrzymujemy ogromny spoiler, z którego wiemy jak potoczą się kariery bohaterów (i każdy kto przed obejrzeniem zainteresował się malarstwem współczesnym lub zadał sobie dość trudu by wygooglować kim jest Margaret Keane i Walter Keane wiedział jak to się zakończy). Tajemnicą jednak nie jest, że czasami nie chodzi o to co, ale jak jest zrealizowane.

Nie ma w Wielkich oczach charakterystycznej dla stylu Burtona magii, ekscentryków, duchów, znamion baśniowości, jednak sam sposób wykreowania tej historii sprawia, że jest to obraz przerysowany, przekoloryzowany, nasycony intensywnymi ciepłymi barwami z ciemnymi punktami w tej historii jak na obrazach Keane.
W pierwszej scenie widzimy Margaret opuszczającą ładniutki kolorowy domek na przedmieściach, gdzie wszystkie trawniki są idealnie przystrzyżone, na ulicach nie ma samochodów i panuje sielska cisza. Malarka trafia do miasta, gdzie musi sobie radzić by utrzymać siebie i córkę. Poznaje Waltera Keana, który stanie się jej mężem, wsparciem jej artystycznych inspiracji, choć będzie to miało swoją cenę.

Wielkie oczy są znakomitym przedstawieniem jak działa współcześnie promowanie sztuki. Ludzie nie wiedzą, co im się podoba, trzeba im to powiedzieć. Kupują to, co się znajduje w Galerii sztuki i jest promowane w mediach.

Walter był znakomitym zdeterminowanym sprzedawcą, który potrafił wykorzystać nadążające się okazje, dla którego wszystko było na sprzedaż. Wywołał bójkę w barze, wzrosło zainteresowanie obrazami? Trzeba to podkręcić i zainscenizować kolejną kłótnię. W telewizji komentują jego obrazy? Trzeba udzielić wywiadu opowiadając smutną historię oglądania biedoty i smutnych dzieci po wojnie w Berlinie. Ludzie przychodzą tylko oglądać obrazy? Lepiej sprzedać 1000 reprodukcji po dolarze niż jedno oryginalne malowidło.
W opozycji do Waltera Margaret poświęcała się w całości malowaniu swoich smutnych oczu. Zapytana dlaczego maluje tak nieproporcjonalnie wielkie oczy odpowiedziała, że są one zwierciadłem duszy i maluje je duże by było je dobrze widać. Dlaczego małe dzieci? Bo centrum jej życia była córka, malowała osobę, która była jej najbliższa, na obrazy przelewała swój świat, bo sztuka musi wychodzić z wnętrza. W przeciwieństwie do Waltera nie miała odwagi, nie potrafiła promować siebie, rozmawiać z ludźmi, zachęcać, rozpościerać historii wokół obrazów. Kobieta, która dała się przytłoczyć dominującemu mężczyźnie.
Biografia, jak już nie raz wspomniałam nie jest łatwym materiałem (patrz Filmy biograficzne) i sztuką jest opowiedzenie spójnej historii „przeskakując” od jednych ważnych wydarzeń do kolejnych na przestrzeni lat. Trzeba było pokazać początki twórczości, ważniejsze, najbardziej rozpoznawane obrazy Keane, przechodząc do momentu sukcesu i na koniec do scen walki o swoje. W Wielkich oczach postawiono na narrację trzecioosobową reportera Dicka Nolana. To on opowiada całą historię dodając komentarz do poszczególnych wydarzeń, jak te, że niełatwo było kobietom zależnym od mężów w latach 60`70, jeszcze trudniej było być artystką. Podkreśla, że Margaret do wielkiego świadczenia wybrała lokalną rozgłośnię radiową, zamiast tak jak trzeba zgłosić się do ogólnokrajowej gazety, podkreślając tym samych charakter malarki. Dzięki temu nie jest tylko historia malarzy, a raczej dramat małżeński. To twórczość Keane, kolejne znane obrazy są zręcznie wplecione w dramat małżeński i relacje między bohaterami. 
Film jest pełen świetnych dialogów i scen: Margaret przychodząca do knajpy, w której wystawiane były jej obrazy z jednym z bardziej rozpoznawalnym płócien (dziewczyna w żółtym kubraczku) obserwuje rozemocjonowanego męża będącego w centrum zainteresowania, gady nadchodzi moment kiedy trzeba powiedzieć, kto jest artystą stoi sparaliżowana, a Walter zaczyna rozpościerać swój czar. Dodatkowo przez cały film przewija się charakterystyczny muzyczny motyw podkreślający charakter poszczególnych scen dodając swoistej lekkości całej historii.
Burton znakomicie wybrał aktorów do odegrania dwóch głównych postaci i to dzięki tym kreacjom film jest rewelacyjny.
Christoph Waltz (Walter Keane)  przynosi szczęście „znanym” reżyserom, którzy decydują się podstawić na niego i angażują go w swoich filmach do odgrywania postaci „specyficznych”, charyzmatycznych. W Django u Tarantino odegrał również w pewnym sensie przedsiębiorcę i w Wielkich oczach można odnaleźć podobieństwa do odegranej wcześniej przez niego roli. Postać Waltera niesamowicie dominowała otoczenie. Wcielenie kombinatora, wymyślającego niestworzone historie, hochsztaplera,  który nie tracąc nigdy rezonu. Szczytem popisu aktorskiego Waltza był w filmie cały końcowy proces w sądzie (świetne sceny, przesłuchiwanie samego siebie, opowiadanie historii dramatycznych ławie przysięgłych skończywszy na końcowym bólu ręki). Gdyby to miał być tylko dramat, rzetelna biografia uznałabym, że Waltz „przeszarżował” ale to film Burtona. Zakładam, że celowo miało to być przerysowane.
Natomiast jeśli Amy Adams (Margaret Keane) w tym roku nie sięgnie po statuetkę Globa czy Oscara bez cienia wątpliwości można stwierdzić, że i tak nastąpi to wkrótce. Znakomicie sprawdziła się w roli w opozycji to Waltza grając właściwie tylko spojrzeniem, ustępliwością, rysującą się na twarzy niepewnością, swoją postawą obrazując całkowite przytłoczenie, bezwolność by w  końcu pokazać swoją bohaterkę odmienioną na końcu historii.

Film do którego będę wracać, 9/10. Zdecydowanie warto. Dla wszystkich.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Po latach wykorzystywania Margaret w końcu opuszcza męża, gdy wściekły Walter po porażce na Wystawie światowej staje się agresywny. Margaret wyjeżdża wraz córką na Hawaje (do raju). Tam poznaje świadków Jehowy i zgodnie i ich ideologią postanawia, że w jej życiu nie może być kłamstwa. W lokalnej stacji radiowej Margaret ogłasza, że to ona jest autorką obrazów wielkie oczy. Pozywa Waltera. Na rozprawie sadowej dochodzi do kuriozalnych przesłuchań. Słowo Waltera przeciwko słowom Margaret. W końcu sędzia nie wytrzymuje i zarządza najprostsze rozwiązanie. Każe obojgu namalować obraz. Margaret spokojnie siada i pewna siebie zaczyna malować. Walter czeka na natchnienie, potem łapie go skurcz w ręce. Nie maluje ostatecznie nic. Nigdy już nic nie malował. Jak odkryła Margaret nawet jego widoczki z Paryża nie były jego autorstwa. Nie potrafił nawet rozróżnić akwareli od farb olejnych. Margaret wygrywa proces, oficjalnie potwierdzono, że to ona jest autorką. Walter już nigdy niczego nie namalował. Na ekranie pojawiają się prawdziwe zdjęcia Margaret i Waltera. Margaret żyje do dziś.