czwartek, 27 lutego 2014

American Hustle – tak to się zdobywa Oscary w Ameryce?

To już finisz recenzji z serii Oscarowych nominacji. Na sam prawie koniec przyszło mi obejrzeć silnego kandydata z aż 10 nominacjami, w tym z tymi najważniejszymi w kategoriach najlepszy film, reżyser i najważniejsi aktorzy plus Oscary techniczne, które dla zwykłego kinomana nie są aż tak istotne (Po obejrzeniu filmu prędzej zachwycam się historią czy grą aktorską niźli montażem). Do seansu zasiadłam bardziej by przekonać się i zweryfikować słuszność nagród, czy film zasługuje na taką uwagę, niż jak do zwykłej rozrywki. Paradoksalnie jednak można tę produkcję traktować jako film dla mas. Amerykańska opowieść częściowo inspirowana prawdziwą historią o oszustach w latach siedemdziesiątych. On (Christian Bale) i Ona (Amy Adams) z aspiracjami, gotowi by wykorzystywać słabości innych, by przetrwać. Połączyło ich zamiłowanie do muzyki Ellingtona i gotowość do tego by przetrwać.

Był niespecjalne wysportowany i czesał się na pożyczkę, ale miał w sobie to coś  i pewność siebie która przyciągała był jaki był nie przejmował się tym.

Była nietuzinkową osobowością
Tak jak ja przyjechała do miasta bez perspektyw

Tak jak ja nauczyła się walki o byt i szukania nowych sposobów na życie, nowej tożsamości i jak ja postawiła na lepszą elegantszą przyszłość.

Byli naciągaczami i zostali zmuszeni do tego by naciągnąć bardzo dużą rybę, a wiedzieli jak się to profesjonalnie robi (Im bardziej odmawiasz tym bardziej zaostrzasz ich apetyt). Wielki przekręt, przygotowywanie skomplikowanej akcji. Pytanie tylko, kto tu kogo ostatecznie wykiwa?



Niewątpliwie film jest serią świetnie odegranych aktorsko scen. Nie ma wśród obsady słabego ogniwa. Christian Bale ponownie udowadnia jak bardzo potrafi wcielić się w odgrywaną przez siebie postać. Tym razem możemy go oglądać z wyhodowanym brzuszkiem i w fryzurze z czesaniem się na pożyczkę (świetna pierwsza scena filmu), noszącego welurowe garnitury. Bale to tak dobry aktor, że pomimo tej niezbyt atrakcyjnej aparycji wciąż z spod tej charakteryzacji potrafił wydobyć jednak człowieka, który wie jak prowadzić interesy, postępować z ludźmi i przekonać ich do wszystkiego. Amy Adams już od dawna zwraca na siebie uwagę, ale dla mnie to wciąż nie jest to, co by mnie olśniło i byłabym gotowa stwierdzić, że jest to aktorka wybitna. Jednak jeśli chodzi o żeńskie kreacje niestety dużo ciekawsze sceny w tym filmie ma Jennifer Lawrence, choć gra znowu postać „wariatki” (uwierzę w tę „zdolną” aktorkę jak zobaczę ją w dobrej roli dramatycznej). Ma świetną scenę tańczenia i śpiewania, gra rozchwianą emocjonalnie kobietę i to wychodzi jej najlepiej. Cały urok roli Bradleya Coopera polega na jego fryzurze, tych lokach, które kręci sobie na głowie (Zabawne sceny gdy bohaterowie rozmawiają przez telefon i oboje mają wałki na głowie). Nawet Jeremy Ranner jest ciekawy w fryzurze ala Elvis. Przyznaję, że oglądając stroje, głównie Adams i Bale`a, widać oryginalność w doborze kreacji, które moim zdaniem w znaczącym stopniu „tworzą” ten film.  Nominacja w kategorii najlepsze kostiumy jest zasłużona. Ponadto świetne teksty (Ludzie wierzą w to  w co chcą uwierzyć. Fałszerz był tak dobry, że jest prawdziwszy dla wszystkich. Kto jest mistrzem? Malarz czy fałszerz? Świat nie ma bieli i czarni. Jest intensywna szarość.), dobry scenariusz, bardzo dobra ścieżka dźwiękowa (nośne piosenki). Bardzo dobry film do obejrzenia nawet kilka razy, niewymagający jednocześnie specjalnej uwagi ni skupienia by dobrze się na nim bawić.
Czy to film wyjątkowy? A kto pamięta o operacji Argo? Dobre sceny w wałkach, zwroty akcji (poznajemy Irvinga i Sydney dopiero z czasem więcej dowiadując się o ich życiu, na szczęście trailer nie zdradził również roli jaka w filmie odgrywa Richie), budowanie napięcia i dobre (choć do przewidzenia) zakończenie.8/10

Czy jest to najlepszy film roku? Może i jestem staromodna, przestarzała, ale uważam, że statuetkę dla najważniejszego filmu roku powinna jednak dostać produkcja „głębsza” wznioślejsza, czy innowacyjna zmieniająca współczesne kino (eh ten Czas wojny Spielberga sprzed kilku lat, który mnie ujął, uniwersalne Zostać królem i eh Avatar), dlatego bardziej skłonna jestem przełknąć Oscara dla Grawitacji czy Zniewolonego niż produkcji o naciągaczach (bardzo jestem rozczarowana zeszłorocznym wyróżnieniem Operacji Argo nie tylko ponad Nędznikami, ale chociażby Życiem PI). Jeśli już „komedia” miałaby zgarnąć statuetkę za najlepszy film to powinien być to Wilk z Wall Steet [Z genialnym Leo, który i tak jest najlepszy jeśli go porównać do kreacji Bale`a w American Hustle (niczego nie umniejszając Bale`owi)].


SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Irving traktował Carmine`a jak przyjaciela, nie chciał by burmistrz poszedł do więzienia na długie lata. Wiedział też, że podpuszczanie i igranie z mafią znacząco przekracza zakres współpracy na którą się zgodził z Richiem. Ostatecznie Irving i Sydney wykiwali FBI podstawiając fałszywego prawnika mafiosa. Pieniądze z konta FBI zostały przelane na ich konto. Zgodzili się je oddać, jeśli burmistrz zostanie łagodnie potraktowany za swoje oszustwa finansowe, a oni Sidney i Irving będą wolni. FBI nie miało wyjścia. Cały splendor i pochwały za ujawnienie oszustw polityków zgarnęli szefowie Richiego. O Richim i jego całym ogromnym wkładzie w sprawę nikt nie usłyszał. Sidney i Erving zostali razem, otworzyli galerię sztuki, przestali naciągać ludzi. Irving wciąż spotyka się z synem, a jego żona spotyka się z poznanym politykiem.

Kanciarz na zawsze potaje kanciarzem. I kantownicy na końcu wszystkich okantowali. Koniec.

sobota, 22 lutego 2014

Odkrycia serialowe sezonu 2013/2014. Seriale, które wciąż warto oglądać



Jestem maniakiem serialowym i właściwie co sezon zaczynam oglądanie jakiejś nowej produkcji, które zastępują mi te, które się już zakończyły. Mniej więcej też raz do roku nadrabiam oglądając w kilku do kilkunasto-tygodniowym maratonie serial, który cieszy się ogromną popularnością, a w  wyniku niedopatrzenia nigdy go nie widziałam  W ten sposób pewnego lata obejrzałam Lost-ów, innego Dr. Housa, zeszłe lato spędziłam z Dexteram, a tegoroczny sezon przerwy świąteczno-noworocznej w świecie seriali z Breaking Bad (dobry, i przyznam, że zakończenie serialu zaliczam do tych satysfakcjonujących w przeciwieństwie do kiepskiej końcówki Lostów i Dextera). Wciąż walczę ze sobą wewnętrznie i opieram się presji obejrzenia Synów Anarchii karmiąc się na razie po ostatnio zakończonym maratonie jednak nowszymi produkcjami, które na razie nie mają aż tylu odcinków do nadrobiania. Niektóre z tegorocznych debiutów nie były w stanie przyciągnąć mnie przed ekran w kolejnym tygodniu i nie dałam im kolejnej szansy. Po pilocie odpuściłam sobie Draculę, The White Queen (choć po tym jak serial otrzymał kilka nominacji do Globów mam go na mojej liście „kiedyś do obejrzenia”), Regin (Temu serialowi w stylu kostiumowej Plotkary może dam szansę jeśli dostanie zamówienie na drugi sezon). 

Nowe seriale, z którymi wytrwałam do końca sezonu/przerwy świąteczno-noworocznej):

The Orginals



Z nowości w mini maratonie obejrzałam Spinn-off Pamiętników wampirów, choć pierwszy odcinek The Orginals mnie nie zainteresował. Dopiero po tym jak uzbierało się więcej epizodów w jeden weekend nadrobiłam połowę sezonu i da się to oglądać od czasu do czasu, ale bez wypieków na twarzy w oczekiwaniu na kolejny odcinek. W serialu brakuje mi porządnego wątku romansowego, który to właśnie w Pamiętnikach „ciągnie” nieustannie fabułę. Niestety postaci żeńskie są tu zbyt irytujące. Halley nie polubiłam w Pamiętnikach, a wątek, który ją wplatał w fabułę The Orginals jest idiotyczny. Za to barmanka Camie jest postacią irytującą, która nie jest w stanie zastąpić Caroline i do tego paradoksalnie wydaje się za stara dla całego towarzystwa (paradoksalnie, ponieważ jeśli sprawdzić wiek aktorów to jest o wiele młodsza od aktora odgrywającego postać Klausa). O wiele lepiej wypadają postaci męskie i to właśnie dzięki potyczkom o władzę w Nowym Orleanie i nieźle rozbudowany wątek czarownic oraz retrospekcji z życia Pierwotnych serial jednak można obejrzeć. Oglądanie The Orginals wymaga momentami znajomości Pamiętników wampirów (Pochodzenie pierwotnych, ich rodzice, sposoby zabicia).

Pokojówki z Beverly Hiils (Devious Maids)




Polski tytuł Devious Maids moim zdaniem można zaliczyć do plejady nieudanych tłumaczeń tytułów. Nie można było zwyczajnie nazwać tego serialu Diabelskimi/niebezpiecznymi pokojówkami? Serial jest reklamowany jako kolejna produkcja twórców Gotowych na wszystko i sygnowana nazwiskiem Evy Langori (która jest jedynie producentką wykonawczą). Pewne elementy się zgadzają i w serialu można odnaleźć wiele podobieństw do Desperatek. W pierwszym epizodzie dochodzi do morderstwa pokojówki (Kto zabił Florę?) i przez cały sezon będziemy dowiadywać się brudnych szczegółów dotyczących życia zarówno pokojówek jak i ich pracodawców. Oglądając serial w „maratonie” miałam wrażenie, że akcja rozwija się zbyt szybko. Na szczęście scenarzyści pozostawili nieco zagadek i tajemnic do rozwiązania w następnym sezonie. Warto, lekki komediodramat, w którym można odnaleźć boleśnie oklepane wątki znane z telenowel (serial jest amerykańską wersją meksykańskiej telenoweli). Kilka postaci ma ogromny potencjał (państwo Powell) i na pewno powrócę do oglądania pokojówek w drugim sezonie.

Czarownice z East End


Kolejny serial, który powstał na podstawie serii książek dla nastolatek. Czarownice podobnie jak wszelkie inne zjawiska paranormalne wciąż są modne. Akurat w tej produkcji zaintrygował mnie wątek czarownicy, która jest nieśmiertelna i w kółko, jak tylko w młodym wieku umierają jej dwie córki, rodzi je ponownie (tego jeszcze nie było). Szablonowo dwie młode bohaterki dowiadują się, że posiadają moce i w początkowych odcinkach próbują nad nimi zapanować, do tego mamy trójkąt miłosny i kilka przepowiedni (to już było setki razy). Ponieważ generalnie lubię takie historie serial zainteresował mnie na tyle, że oglądałam kolejne epizody z tygodnia na tydzień. Serial ma zamówienie na drugi sezon. Podobne do Pamiętników Wampirów, Zmierzchu, Czarodziejek.

Masters of sex



Zdecydowanie najlepszy nowy serial tego sezonu (z tych, którym dałam szansę). W roli głównej Michael Sheen (Aro z Sagi Zmierzch). Serial przedstawiający pionierskie badania na polu seksualnym prowadzone przez Williama Mastersa i jego asystentkę  Virginię Johnson pod koniec lat pięćdziesiątych (postaci historyczne, czytając ich życiorysy można sobie zaspoilerować dalszy rozwój fabuły serialu). W pierwszym epizodzie Masters zatrudnia jako asystentkę Jonson, która będzie mu pomagać w badaniach nad ludzką seksualnością (badanie tętna, reakcji ludzkiego ciała podczas stosunku, etapy stosunku). Serial pokazuje trudności związane z przełamywaniem społecznego tabu, „rekrutacją obiektów badawczych”, zdobywaniem funduszy na badania, ale również śledzimy prywatne życie kliku bohaterów. Świetna gra aktorska, portret ówczesnego społeczeństwa. Wielowątkowy serial z niebanalnymi i nieszablonowymi postaciami. Zdecydowanie polecam.
Nominacja do Globa 2014 w kategorii: Najlepszy serial dramatyczny, najlepszy aktor w serialu dramatycznym: Michael Sheen


Poza tymi nowszymi produkcjami z dobrych seriali, które trwają już od kilku sezonów i dobre są na tyle, że śledzę kolejne sezony, choć w przypadku niektórych już z przyzwyczajenia:

  • Supertantural – bracia Winchester walczyli już chyba ze wszystkimi istotami nadnaturalnymi i oglądam z przyzwyczajenia, ale wciąż miewa świetne odcinki.
  • Once upon Time – uwielbiam ten serial za sposób w jaki przekształca i rozwija znane baśnie, wielowątkowy z sezonu na sezon wciąż bardzo dobry.
  • Game of thrones – Po obejrzeniu odcinka krwawych Godów miałam ochotę krzyczeć: J.R.R Martinie czemu ciągle zabijasz Starków!? Serial, którego nie wypada nie znać. Absolutny majstersztyk, generujący znane powiedzonka:

 You know nothing John Snow 

 A Lanister always pays his debts

 Winter is Coming

 Every time you ask about the next book, George R. R.l Martin kills a Stark

Where are my Dragons?
  • The Vampire Diaries – serial, w którym już coraz trudniej wymyślać scenarzystom z kim grupa, już teraz wampirów, musiałaby się zmierzyć i nawet większość rozwiązań wątków miłosnych już można było zobaczyć na ekranie, ale ciągle oglądam.
  • American Horror Story -  w każdym sezonie przedstawiona jest inna „straszna historia”: nawiedzony dom, zakład psychiatryczny, czarownice. Moim zdaniem sezon trzeci lepszy od drugiego. Bardzo dobra obsada.
  • True Blood – serial powinien się był skończyć ze 3 sezony temu (do 4 bardzo dobry) i dobrze, że kolejny będzie tym ostatnim. Zdecydowany przykład „wypalenia” się pomysłów.
  • Grey's Anatomy – można by mieć wątpliwości ile można oglądać pracę lekarzy i ich prywatne perypetie, jednak Chirurdzy mają w sobie to coś, że wciąż zakończenie każdego odcinka sprawia, że chcę zobaczyć kolejny (Shonda Rhimes tworzy jedne z lepszych cliffhangerów z odcinka na odcinek).
  • Suits – serial prawniczy, pokazujący więcej wewnątrz kancelaryjnych walk i rywalizacji  niż samych rozpraw. Harvey i Mike stanowią znakomity duet.
  • The Good Wife – serial prawniczy, w którym w każdym odcinku pojawia się nowa sprawa i czas antenowy jest zrównoważony pomiędzy prywatne życie „dobrej żony” a tajniki i kruczki prawnicze amerykańskiego prawa.
  • Hause of Cards – tym razem walka o władzę na szczycie.  Serial Davida Finchera ze znakomitym Kevinem Spacey`m. Nagrodzony czterema Globami.
  • Downtown Abbey –kolejny świetny serial BBC. Życie wyższych sfer na początku `20 wieku ze znakomitą obsadą. Niebanalny scenariusz.
  • Sherlock (prod. BBC) –mój numer jeden z seriali, na którego kolejne odcinki nie mogę się doczekać.
  • Elementary – marna kopia Sherlocka, ale gdy na Sherlocka trzeba czekać średnio 2 lata można obejrzeć. Odcinki i sprawy przeciętne, miewa lepsze momenty, kiedy pojawia się „szerszy kontekst” – manipulacja  Maycrofta, Irene.
  • Hannibal – serial, który miał ogromną reklamę. Oglądany jak nie ma nic innego, do kinowego Hannibala mu daleko. Ilu seryjnych morderców może być w USA?
  • The Bing Bang Theory – numer jeden seriali komediowych. Nerdy nigdy mi się nie znudzą. Nieustannie serial potrafi doprowadzić do śmiechu i w znakomitej przewadze są tu odcinki genialne nad bardzo dobrymi.
  • 2 Broke Girls – sitcom do pooglądania jak nie ma nic innego.
  • Girls – tak pokręcone, że aż ciekawe, do obejrzenia.


Ktoś poleca coś innego?

czwartek, 20 lutego 2014

Tajemnica Filomeny – w poszukiwaniu jedynie odpowiedzi

Są takie filmy, które sprawiają, że gdyby nie obsada w nim występująca wcale nie byłyby tak wyjątkowe. Przypuszczam, że gdyby nie osoba Judi Dench film Tajemnica Filomeny nie podobał by mi się tak bardzo. Dench wspominam nie głównie jako M z filmów o Bondzie, ale jako królową Elżbietę z Zakochanego Szekspira. Tej roli drugoplanowej w filmie o Szekspirze Judi zawdzięcza swojego jedynego (jak na razie) Oscara i taką ją najbardziej cenię. Doskonale odnajduje się ona w rolach brytyjskiej Lady (w Tajemnicy Filomeny gra Irlandkę). Ten angielski styl bycia, ta kultura, ta jednoczesna uprzejmość i bezpruderyjna szczerość sprawiają, że nie sposób nie polubić Filomeny.



Filomena Lee w wyniku jednego miłosnego uniesienia (Seks był wspaniały. Sęk w tym, że nawet nie wiedziałam, że mam łechtaczkę) zostaje oddana pod opiekę zakonnic, gdzie rodzi nieślubne dziecko, które zostaje wbrew jej woli oddane do adopcji. Przez cały film Filomena rozpamiętuje wydarzenia z przeszłości i ciągle zastanawia się jaki jest jej syn [Co jeśli zginął w Wietnamie? mieszka na ulicy? Co  jeśli wrócił bez nóg? Co jeśli jest bezdomny? albo otyły? (W Stanach porcje jedzenia są ogromne)]. Jej rozmowy z dziennikarzem Martinem są trzonem całego filmu. Proporcje pomiędzy komizmem w postaci wypowiedzi Filomeny a powagą tego, co jej spotkało są doskonale zachowane. Poznajemy kobietę, która uważa, że co druga napotkana przez nią osoba jest niezwykła, uwielbia romanse (i je innym opowiadać) cieszy się z czekoladek na poduszkach w hotelu, korzysta z entuzjazmem z darmowych napoi w samolocie (w Ryonairze trzeba za wszystko płacić). W odpowiedzi na pytanie jak się ma, zwierza się, że ma tytanowe biodro, ale czuje się dobrze. Wierzy w Boga i nie obwinia zakonnic za to co jej zrobiły (przecież są bardzo miłe i pomocne), nic jej nie dziwi i wiele faktów akceptuje takimi jakie są. Niektóre jej spostrzeżenia są warte zapamiętania (Jeśli nie lecisz pierwszą klasą, to wcale nie znaczy, że nie jesteś osobą pierwszej klasy).
To oczywiście jednak wzruszająca i smutna historia z życia wzięta (film nakręcony na podstawie książki Martina Sixsmitha The Lost Child of Philomena Lee) poprowadzona w taki sposób, że wraz z Filomeną pragniemy dowiedzieć się więcej o jej synu, a zakończenie i sposób w jaki historia zatoczyła koło sprawiło, że moja ocena tego filmu jest taka wysoka. 8/10. Polecam, zdecydowanie warto, (zwłaszcza, że film trwa tylko 94 minuty).

Uwielbiam, jak pewne wątki w grupie filmów Oscarowych się powtarzają. Jak w Hrabstwie Osage tak i w tym filmie pada Cytat z T.E.Eliota:

We shall not cease from exploration 
And the end of all our exploring 
Will be to arrive where we started 
And know the place for the first time.

Który jest doskonałym podsumowaniem historii.

Nominacja do Oscara za najlepszy scenariusz jest zdecydowanie zasłużona. Judi Dench sprawiła, że postać Filomeny nie sposób nie polubić i tu również wróżenie akademii jest zrozumiałe (choć jakbym miała stawiać, to jednak na Meryl).

Z innych filmów z Judi Dench polecam Hotel Marigold.

SPOILER ZAKOŃCZENIE

Okazało się, że syn Filomeny umarł 9 lat wcześniej. Był politykiem, homoseksualistą i umarł na AIDS. Od partnera Anthony`ego (potem nadano mu imię Matthew) Filomena i Martin dowiadują się, że syn jej szukał. Odwiedził nawet klasztor zakonny gdzie się urodził w poszukiwaniu matki. Jego ostatnim życzeniem było aby go pochować na terenie klasztoru, wiedział, że tam matka go odnajdzie. Zakonnice wiedziały, że Filomena i jej syn próbują się nawzajem odnaleźć ale im nie pomogły. Martin jest ogromnie zły, ale Filomena wybaczyła zakonnicy, która milczała. Jej chodziło o to tylko by się dowiedzieć, co się stało z jej dzieckiem. Filomena odwiedza grób syna. Koniec.

czwartek, 13 lutego 2014

Ona – kobiety i związki zawsze są skomplikowane, nawet te wirtualne

Film Spike Jonze`a Ona jest w tym roku nominowany do Oscara w 5 kategoriach: najlepszy film, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepsza muzyka oryginalna,  najlepsza piosenka „The Moon Song” i najlepsza scenografia. Głównie z tego względu obejrzałam ten film, ponieważ ani jestem fanką Jaquina Phoenixa ani sam trailer nie wydał mi się zbyt zachęcający. Jak jednak w tym roku przyznać muszę w niektórych przypadkach akademia wie co robi wyróżniając pewne filmy.
Zdecydowanie lepszy plakat
od tego
Ona to właściwie smutne love story i historia wyizolowanego, rozczarowanego nieco rzeczywistością Theodora, autora pięknych listów, pisanych na zamówienie (Pieknelisty.com – płacisz specjalista pisze za ciebie romantyczny list do dziewczyny, list gratulacyjny do syna, może za ciebie pisać listy przez lata), który po rozstaniu z żoną czuje się samotny. Żyje w świecie, w którym komputer odczytuje za nas e-maile, można wejść w nocy na czat wydając jedynie komendę głosową, a bohater interaktywnej gry może nas obrazić i zapytać o czym rozmawiają pozostałe osoby będące w pokoju. Trawis kupuje nowy system operacyjny, specjalnie zindywidualizowany i dopasowany do potrzeb użytkownika. (Wystarczy odpowiedzieć na kilka pytań: Jakie są twoje relacje z matką? Czy jesteś towarzyski? Czy system ma mieść głos żeński czy męski?). Do życia Tehodora wkracza Samantha, wkracza, gdyż jest ona tak rozbudowanym systemem (nie tylko sprawdzi e-maile i zostawi do przeczytania tylko te śmieszne, przypomni o spotkaniu i zrobi korektę tekstu, ale sama ma pragnienia, zadaje pytania, potrafi prowadzić zwykłą towarzyska rozmowę i podejmuje własne decyzje), że staje się dla Theodora właściwie prawdziwą osobą, z którą rozmawia o wszystkim, chodzi na spacery, zaczyna darzyć uczuciem. Samantha jest ciekawa świata i ma potrzebę ciągłego rozwijania się, ma własne pragnienia i przemyślenia:

Ale serce nie jest jak pudełko, które można napełnić. Ono się powiększa w miarę jak kochasz więcej.


Pytanie tylko jak długo wystarczać będą rozmowy nawet w świecie tak skomputeryzowanym. Wystarczy Travisowi wirtualna dziewczyna, czy to wystarczy jej?

Dzięki błyskotliwym dialogom prowadzonym między „bohaterami” film zdecydowanie zasługuje na nominację, a kto wie czy nie na statuetkę w kategorii najlepszy scenariusz.  Jaquin Phoenix niezaprzeczalnie jest dobrym aktorem i jego ciągła obecność na ekranie zdecydowanie wystarcza by poprowadzić tę historię. Możemy też zobaczyć Rooney Marę i Amy Adams, choć właściwie z żeńskiej obsady w filmie tym „błyszczy” głos Scarlett Johansson. To właściwie dzięki jej sposobowi prowadzenia rozmowy, westchnieniom, śmiechowi związek między Travisem z Samanthą wydaje się niezwykle „naturalny”. Scarlett jedynie dzięki głosowi potrafiła stworzyć postać z „krwi i kości” z charakterem. Ponoć początkowo Samantha miała początkowo mówić głosem Samanthy Morton, ale w czasie postprodukcji Spike Jonze  uznał jednak, że efekt końcowy go nie zadowala i zastąpiono głos Morton i możemy słuchać  Johansson, co z całą pewnością wyszło filmowi na dobre.

Film bardzo dobry przedstawiający właściwie smutną historią i skłaniający do przemyśleń gdzie są granice, dokąd mogą sięgnąć możliwości komputerów,  i czy nadejdzie dzień, że nie będziemy potrzebowali drugiego prawdziwego człowieka? Polecam, choć może film nie dla wszystkich 8/10.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Samanta odchodzi. Okazuje się, że rozmawiała nie tylko z Theodorem ale jeszcze z 8316 innymi użytkownikami, a kocha 641. Theodore dowiaduje się, że nie jest wyjątkowy, że Samantha może jednocześnie rozmawiać z wieloma ludźmi i jednocześnie kochać innych. Właściwie nie wiadomo, czemu system został wyłączony. Theodore idzie porozmawiać z Amy, która również była związana z wirtualnym. Theodore wysyła list do Catherine, pisząc że przeprasza i zawsze będzie ją kochał. KONIEC.