Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colin Firth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colin Firth. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2015

Kingsman: Tajne służby – maniery czynią mężczyznę

Kingsman to mieszanka najlepszych znanych nam wątków kina szpiegowskiego. Matthews Vagun (X-man: pierwsza klasa, Kick-Ass) stworzył film, który czerpie pełnymi garściami z klasyki gatunku, czyli filmów o Jamesie Bondzie.



Mamy klasyczne zawiązanie fabuły, gdzie straciwszy jednego z ludzi służby specjalne zaczynają rekrutować, by wzmocnić swoje szeregi, a każdy z doświadczonych Kingsmanów przyprowadza na szkolenie jednego podopiecznego. Razem z Eggsy`em (Taron Egerton) zostajemy wprowadzeni w świat współczesnych agentów. Są ściśle tają elitarną agencją gdzie pseudonimy są zaczerpnięte od rycerzy okrągłego stołu i chodzą w szytych na miarę garniturach (mają swojego krawca). Gdy w akcji ginie Lancelot, któryś z rekrutów po odbyciu szkolenia przyjmie jego imię. Technicznym guru i szkoleniowcem jest Merlin, a szefem całej agencji Arthur, mentorem Eggsy`a Galahad (Colin Firth). Są wyposażeni w najbardziej nowoczesne szpiegowskie gadżety począwszy od wielofunkcyjnego parasola poprzez truciznę w długopisie, wybuchowej zapalniczce, skończywszy na nożu w bucie. Młodzi rekruci są poddawani utartym testom sprawdzającym ich prace zespołową, lojalność i radzenie sobie w sytuacjach ekstremalnych a ukończy szkolenie i zostanie agentem tylko jeden (jak w przypadku większości rekrutacji do tajnych "stowarzyszeń").

Wszystko jest przerysowane, a reżyser zza kamery puszcza do nas oko w kolejnych scenach. Agenci obowiązkowo piją Martini. Nim dojdzie do finałowego starcia nasz agent wchodzi niczym do paszczy lwa spotykając się na obiedzie z podejrzanym antagonistą Valentinem (Samuel l. Jackson) i jedzą Hamburgery z Macdonalda popijając je drogimi trunkami! Czarny charakter pragnie zagłady całej planety, jako przyboczną ochronę ma Japonkę (Chinkę?) z  (sic!) nożami zamiast nóg (zalatuje kiczem i absurdalnością, ale za to jak spektakularnie wygląda to w scenach pojedynków!). [MINI SPOILER] W dramatycznej scenie, czarny charakter stojąc przed Kingsmanem mówi: To jest ta scena w której wyjawię i mój cały plan, a potem wymyślę skomplikowany sposób na zabicie ciebie tak byś ty mógł się z tego wykaraskać? (Na szczęście wyciąga spluwę i pociąga za spust i to też jest miłe zaskoczenie, że film tu "wyłamuje się" ze schematu i wielu agentów ginie)[KONIEC MINI SPOILERA]. Na koniec szkolenia nasz kadet przywdziewa garnitur  i mamy nawet scenę w której agent z lampką szampana zamyka się w „kapsule” z piękną blondynką (nawiązanie do zakończenia któregoś z Bondów) a w filmie aż roi się od nośnych sentencji:


Garnitur to nowoczesna zbroja dżentelmena. A agenci Kingsman to nowi rycerze.

Bycie dżentelmenem Ne ma związku z okolicznościami urodzenia. To coś czego trzeba się nauczyć. Pierwsza lekcja: Powinieneś zapytać zanim usiądziesz. Lekcja druga: jak zrobić prawdziwe Martini

Bycie dżentelmenem nie ma nic wspólnego z akcentem

Nie ma nic szlachetnego w byciu wyższym nad drugimi. Prawdziwe szlachectwo polega na wznoszeniu się ponad samego siebie (Hemingway)

Coś czego potrzebuje każdy dżentelmen to porządny garnitur.

Sceny akcji robią ogromne wrażenie (zwłaszcza ta w kościele), mamy serię ujęć gdzie agenci w pojedynkę pokonują kilkunastu przeciwników, wykorzystują wymyślne gadżety i jedyne czego brakuje w tym filmie z oklepanych wątków akcji to sceny pościgu nowoczesnym samochodem (zamiast tego mamy taksówkę, którą można zdanie sterować).

Obsada jest świetnie dobrana. Największym angielskim dżentelmenem był i będzie Colin Firth i znakomicie wpasowuje się on w rolę Galahada. W jego ustach górnolotne kwestie dotyczące tego kim jest dżentelmen są naturalne. Podobnie etatowy doświadczony kamerdyner i doradca Michael Caine w roli Arthura Szefa Kingsmanów  jest dokładnie w tym filmie na swoim miejscu.

Nie zabrakło również bardzo wyrazistego czarnego charakteru i w tej roli Samuel l. Jackson daje się zapamiętać. Jest postacią karykaturalna wszystkich znanych nam „złych”, gdyż brzydzi się krwi i sam woli nie zabijać, sepleni, a wszystko co robi ma na celu „uzdrowienie” planety.

Film ten dla Tarona Egertona może być trampoliną do popularności. Nie ustępuje on na ekranie swoim niezwykle doświadczonym starszym kolegom i nie dał się im zdominować. Jego Eggsy to chłopak, którego się lubi od samego początku, a w końcówce filmu staje się on agentem na miarę XXI wieku.

Rewelacja, wszystko to za co uwielbialiśmy Bondy z odpowiednim dystansem, przymrużeniem oka i kpiny z gatunku jaki reprezentuje. To może być początek świetniej serii(Według zapowiedzi ma powstać kontynuacja). 9/10 (uwielbiam filmy z nawiązaniami i "smaczkami") czekam na więcej! Jeden z filmów, które będzie można obejrzeć jeszcze wiele razy.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Po rewelacyjnej scenie w kościele gdy Galahad wychodzi oszołomiony czeka na niego Valentine ze swoimi ludźmi. Mówi mu wtedy, że teraz to właśnie powinien mu wyjawić swój plan, ale zwyczajnie strzela i zabija Galahada! Po śmierci Galahada Eggsy rozmawia z Arthurem, zauważa, że ma on bliznę za uchem tak jak wszyscy poplecznicy Valentina. Na szczęście dzięki swojemu sprytowi i temu, czego nauczył się na ulicy, nie u Kingsmanów, Eggsy podmienia w trakcie rozmowy kieliszki z których potem on i Arthur wypiją toast za zmarłego Galahada. Oczywiście w napoju była trucizna i Arthur chcąc zabić Eggsy`ego zabija siebie. Roxy, Eggs i Merlin nie wiedząc komu teraz mogą ufać opracowują plan powstrzymania Valentina. Roxy ma zniszczyć satelitę, by sygnał Valentina nie mógł być transmitowany, a Eggsy i Merlin jadą do siedziby Valentina podając się za Arthura, który miał lokalizację kryjówki. Eggsy w finałowej scenie powstrzymuje Valentina (po drodze zabijając również jego ochroniarkę) i na koniec po uratowaniu świata zamyka się z wdzięczną księżniczką w jej celi. W epilogu Eggsy ubrany w garnitur wraca do baru, gdzie jego matka siedzi z bandziorami i odtwarza scenę z początku filmu jak Galahald dał im nauczkę (świetna klamra z powtórzeniem sentencji, że maniery czynią mężczyznę). Koniec.




niedziela, 17 sierpnia 2014

Magia w basku księżyca – wyczuwam, mam spirytualne wrażenie, aura jest odpowiednia…, czyli Woody Allen w dobrej formie

Od czasów O Północy w Paryżu nie wyszłam tak zadowolona z kina po seansie nowego filmu Woody`ego Allena. Krytycy zgodnie twierdzili, że Zakochani w Rzymie prezentują nico niższą formę, za to ja potem nie rozumiałam zachwytów nad Blue Jasmine (temat trochę mi nie podszedł). Tym razem po Magii w blasku księżyca wiele sobie obiecywałam.
Po pierwsze w rolach głównych można zobaczyć dwójkę właściwie uwielbianych przeze mnie aktorów. Colin Firth od czasów ”klasycznej” Dumy i uprzedzenia nie raz nie dwa udowadniał, że jest aktorem co najmniej wybitnym (zdobywca Oscara za Jak zostać królem, nominowany do statuetki za Samotnego mężczyznę), natomiast Emma Stone jest aktorką, która jako jedna z pierwszych przychodzi mi na myśl, gdy rozważa się najbardziej obiecujące aktorki nowego pokolenia (Świetna rola w Służących, pomimo mojego braku zachwytów nad samym filmem, dobra gra w pierwszej części Niesamowitego Spider-Mana, znakomicie sprawdzająca się w komediach romantycznych typu Kocha,lubi szanuje).
Po drugie akcja rozgrywa się w roku 1923: urok lat dwudziestych, sielankowość oraz stroje cieszą oko. Tym razem Woody Allen podejmuje temat popularny od połowy XIX tj. trend spirytualizmu. W Magii blasku księżyca możemy zobaczyć esencję i wyśmianie prywatnych seansów spirytualistycznych odbywających się w domach bogatych arystokratów w całej europie. Odgłosy stukania w stół, kontakt ze zmarłymi, unoszące się w powietrzu świece, wrażenia, przeczucia, aura i ektoplazma są ironicznie wyśmiane przez Stanley`a.
Stanley (Colin Firth) jest światowej sławy sztukmistrzem i jednocześnie demaskatorem szarlatanów i oszustów, którzy wmawiają bogatym ludziom, że potrafią kontaktować się ze zmarłymi. Sophie (Emma Stone) ma niezwykły dar i ogromną wrażliwość spirytualną, miewa sny, przeczucia i wyczuwa aury. Stanley przyjeżdża na Lazurowe wybrzeże na prośbę swojego przyjaciela by zdemaskować oszustwa Sophie.




Scenariusz jest dosyć prosty: on chce ja zdemaskować, ona mu udowodnić, że nie „kantuje”. W filmie trzymane jest odpowiednie napięcie i oczekiwanie na moment „rozwiązania” i oczekiwanie na odpowiedź ”jak ona to robi”, a oczekując rozwiązania zagadki otrzymujemy serię świetnych dialogów jak przystało na film w reżyserii i według scenariusza Woody`ego Allena.

Colin Firth gra „typowego” bohatera znanego z filmów Woody`ego: nihilista nie wierzący w Boga, lękający się śmierci, człowiek na wskroś polegający na nauce i tym co racjonalne, człowiek nieszczęśliwy, nie wierzący w nic poza tym co logiczne i doświadczalne. Postać przekonana o swojej wyższości intelektualnej ponad wszystkimi innymi, przekonany o swych umiejętnościach i tym, że jest najlepszy w swym „fachu”. Człowiek cytujący Nietzsche`go i wyznający jego przekonanie o tym, że nie ma większego ukrytego sensu, niczego poza tym co tu i teraz, Bóg nie istnieje a wraz z nim nie ma czegoś takiego jak świat metafizyczny. Ponadto ponownie Firth gra „anglika bufona” i nie sposób nie odnajdować tu na pewno celowego nawiązania do poprzednich wcieleń filmowych aktora.

[Woody na pewno zrobił to celowo! SPOILER ALERT: scena oświadczyn na końcu filmu nie jest niczym innym jak powtórzeniem tego co Firth odegrał w Dumie i uprzedzeniu, a potem powtórzył w Dzienniku Bridget Jones. Sens wszystkich tych oświadczyn był tożsamy. Bohater odgrywany przez Firtha wyznawał heroinie uczucie w sposób nad wyraz przewrotny wyliczając jej wady, brak wykształcenia, obrażając jej rodzinę, zaznaczając że wbrew logice i wszystkim tym wadom wybranki coś do niej czuje i prosi ją o rękę. Za każdym razem oczywiście przedstawiając swe uczucia w ten sposób zostawał odrzucony. Dzięki ci Woody za to nawiązanie!].

Emma Stone znakomicie przerysowuje postać „spirytualistki” teatralnie unosi ręce „wyczuwając aurę” i mając „wrażenia”, a podczas seansu spirytualistycznego znakomicie „odpływa”, gra niewiniątko, choć w jej spojrzeniu można zobaczyć że doskonale wie co robi. Z powodzeniem partneruje Firthowi podczas ciętych dyskusji.

Woody Allen nie zwodzi i daje nam w tym filmie serię świetnych partii dialogowych. Stanley i Sophie dominują w filmie ponad pozostałymi postaciami drugoplanowymi celowo przerysowanymi i do bólu schematycznymi: starsza pani pragnąca kontaktu ze zmarłym mężem (Jej dopytywanie się, czy na pewno jej nie zdradzał. Jak w rozmowie ze Stanley`em Sophie zauważa: czyż nie będąc okłamywanymi nie czujemy się szczęśliwsi?), bogaty „głupek” beznadziejnie romantycznie wpatrzony ślepo w Sophie (ona zajrzała w głębię jego duszy, poznała go lepiej niż on sam znał siebie) śpiewający (przy tym fałszując) serenady.
Dyskusja na temat odpowiedniego światła wydobywającego urodę Sophie (powinno być takie jakim Stanley oświetla swego słonia podczas triku), scena po balu (dyskusja nad tym czy Stanley dostrzega w Sophie kobietę), „modlitwa nihilisty” i jego „otrząśniecie się” oraz rozmowy Stanley`a z ciotką (w tym ta która zawiera esencje i myśl przewodnią filmu) to jedne z lepszych scen filmu.

Jak zwykle w filmie Woody`ego pod koniec otrzymujemy myśl podsumowującą całą historię.

[SPOILER ALERT:  Ciotka rozkładając karty właściwie słuchając jedynie wywodu i potoku słów Stanleya tylko mimochodem wspomina, że może jest jednak coś więcej ponad szkiełko i oko (znakomite nawiązanie tłumaczenia polskiego do Mickiewiczowskiej Romantyczności i tym samym do wiary w romantyzmie w zjawiska paranormalne). Może wbrew wszelkiej logice i rozmówi jest ta magia, która rodzi się w blasku księżyca, to nielogiczne absurdalne uczucie (w domyśle zaprzeczająca logicznemu rozumowaniu – miłość).
Allen przez cały film pokazuje nam bohatera sceptycznego nie wierzącego nic poza to co realistyczne i dające się udowodnić. Pomimo tego, że demaskuje spirytualną oszustkę na koniec daje nam jednak inny rodzaj „magii”].

Zdecydowanie polecam, bardzo mocne 8/10 (a nawet 8,5 szczególnie za „smaczki” i odwołania filozoficzne, literackie (Sophie ciągle się dopytuje, czy przypadkiem Stanley nie cytuje Dickensa – prawdopodobnie jedyny autor znany niewykształconej dziewczynie) oraz filmowe.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE
Gdy ciotka Stanley`a ulega wypadkowi ten zaniepokojony zaczyna się modlić w szpitalu. W pewnym momencie się otrząsa i zdaje sobie sprawę, że plecie androny i nie ma czegoś takiego jak spirytualizm, że to nie możliwe. Wraca do pozostałych bohaterów do posiadłości i oświadcza, że z ciotką wszystko będzie dobrze nie dzięki Bogu, ale dzięki profesjonalnym lekarzom i wychodzi. Sophie zaczyna rozmawiać z Howardem o tym, jak on może tak oszukiwać przyjaciela. W tym momencie pojawia się Stanley obróciwszy się w fotelu (bardzo dobra klamra wiążąca początek filmu gdy Stanley pokazuje ten numer na scenie i potem obiecuje, że może pokaże Howardowi jak wykonać tę sztuczkę). Okazuje się, że Sophie współpracowała z Howardem i wszystko było to ukartowane tak by utrzeć nosa nieomylnemu Stanley`owi (Gdy Sophie i Stanley byli u jego ciotki, Sophie poszła zadzwonić do Howarda by ten jej wszystko o ciotce ważnego powiedział). Podczas seansów Stanley obserwował Sophie, Howard matkę, ale nikt nie obserwował Howarda! (banalne wyjaśnienie, ale właściwie nie domyśliłam się, ze to Howard spiskował). Stanley wraca do ciotki, odbywa z nią rozmowę podczas której zdaje sobie sprawę, że wbrew logice kocha Sophie (wbrew logice myśli o jej uśmiechu), idzie do Sophie oświadcza jej się jak bufon, zostaje odrzucony. Zrywa zaręczyny z Oliwią przez telefon (Ponieważ była to bardzo rozsądna kobieta stwierdziła, że dobrze, że powiedział jej to od razu i pojechała na wakacje oglądać wielkie żółwie). Stanley ponownie siedzi u ciotki i z nią rozmawia. Ciotka go pyta czy jednak przyjął by Sophie (choć jago oferta małżeństwa była jednorazowa) bo kobietom czasami zdarza się wybrać zapatrzonych w siebie artystów estradowych ponad zapatrzonych w kobietę miliarderów. Stanley wzdycha, że gdyby Sophie dała mu jakiś znak… i wtedy słyszy stukanie. Stanley pyta czy to Sophie -  stukniecie, pyta czy jednak go chce- stukniecie. Stanley wstaje i widzi że za nim stoi Sophie. Całują się. KONIEC.