poniedziałek, 24 czerwca 2013

Człowiek ze stali – kolejny bohater zdemitologizowany

Po obejrzeniu kolejnej próby zekranizowania historii Supermana, mam mieszane uczucia. Nie oszukujmy się, wcześniejsze filmy miały więcej wad niż zalet, mówiło się nawet o klątwie Supermana – nie da się zrobić udanego filmu a i aktorzy odgrywający tę rolę nie kończyli najlepiej (patrz Christopher Reeve). Już więcej szczęścia miał Superman serialowy, tj. Nowe przygody Supermana z lat `90 (oglądałam regularnie!) czy Tajemnice Smalville, które doczekały się aż (!) 10 sezonów [nie oglądałam, ale jak jakiś serial doczekuje się takiej ilości sezonów musi mieć wiernych fanów (albo i fanek)]. Do znudzenia powtarzam, że żyjemy w czasach rebootów i po ogromnym sukcesie Mrocznego Rycerza Nolana, kolejni bohaterowie wkraczają w nowej odsłonie do kin. (Mroczne wersje kolejnych superbohaterów, patrz. Niesamowity Spider-Man). Nie byle kto też zajął się reżyserią, ponieważ sam Zack Snyder (300!, Wachmen, Sucker Punch) a producentem jest Christopher Nolan. Można było oczekiwać „wielkiego dzieła” na miarę trylogii Mrocznego rycerza. Po obejrzeniu Człowieka ze stali, wciąż twierdzę, że nie dano nam odrodzenia postaci bohatera na miarę Batmana, choć Superman jak już wspomniałam nie musiał mierzyć się z wcześniejszymi wybitnie udanymi adaptacjami. 



Tworząc Supermana w wersji serio zgodnie z panującą modą w Człowieku ze stali wydaje się,  że wzięli sobie do serca słowa Billa z Kill Billa: (patrz Kill Bill 2, Tarantio), wszyscy zamaskowani bohaterowie Bruce Wayne, Peter Parker zakładają maski, by stać się bohaterami. Kiedy budzą się rano są ludźmi, wieczorem przywdziewają maski. Natomiast Superman przebiera się za Clarka Kenta, bo przecież tak naprawdę jest Kal-Elem, kosmitą, przybyłym na Ziemię. Na prawdę, początek Człowieka ze Stali był bardzo obiecujący. Wszystko szło świetnie począwszy od prologu w postaci upadku Kryptona (no dobra, może poza motywem wygnania zdrajcy Zoda, by ten patrzył, gdy planeta ulega zagładzie i motyw z codexem, który w pierwszym momencie skojarzył mi się z Matrixem –  sposób ukazania hodowanych płodów. Choć sam koncept narodzin dzieci, które są przeznaczone do określonych ról społecznych uważam za ciekawy, rodem z filmów typu Gattacka-szok przyszłości, czy Orwellowskiego Roku 1986 lub Equliribium, który to wątek odpowiednio podkreślony mógł nadać temu filmowi nieco głębszego wymiaru, mógł, ponieważ niezaakcentowano odpowiednio wolnej woli Kal-Ela i tego jak było to ważne dla Jor-Ela). Podobało mi się pokazanie trudności małego chłopca, który był „inny”, odrzucenie, trudne wybory. Dobrze pokazano nieszablonowo, nie w ujęciu chronologicznym, a jako wspomnienia zagubionego już dorosłego Clarka sceny z dzieciństwa odrzuconego społecznie odludka. Clark był właściwie człowiekiem bez imienia, zmieniającym ciągle swą tożsamość, ponieważ gdy ratował komuś życie musiał zniknąć. Była to historia kosmity, który nie mógł się ujawnić, ponieważ ludzie nie byli na to gotowi, jak uczył Clarka jego ojciec (bardzo dobra scena tornada, tak buduje się motywację bohatera). Pokazano nam bohatera w innym ujęciu, bez naiwnego noszenia kostiumu pod garniturem i okularów spod których nikt nie rozpoznaje Supermana. Tak buduje się bohatera "w nowym stylu". Walka z Zodem (nakręcone sceny z ogromnym rozmachem), który okazał się wyrazistym Schwartz charakterem, podstawowe wyjaśnienie czemu Superman staje się słabszy w kontakcie z Kryptonitem, co naprawdę oznacza to „S” wszystko to składa się na poprawnie wprowadzone ważne elementy historii Supermana. Wydanie się ludziom dla ich dobra, rozmowa z księdzem służyła poznaniu lepszemu postaci Kal-Ela, przyjmując zasadę, że pogłębiamy motywacje bohatera, wyzbywamy się absurdów. Jednak są zasady!!! Niestety od momentu pojawienia się postaci Lois Lane wszystko to zaprzepaszczono. Przy ponownym nakręceniu Supermana zapomniano o tym, że pewnych aksjomatów związanych z danym bohaterem nie należy zmieniać. Bruce Wayne stracił rodziców jako dziecko, był miliarderem, miał wiernego sługę Alfreda i stać go było na najwymyślniejsze zabaweczki by nocą stać się Mrocznym Rycerzem. Jedną z podstawowych zasad świata Supermana jest fakt: Lois Lane nie wie kim jest Superman!!! Lois Lane, ambitna dziennikarka ignoruje ciapowatego Clarka, gdy pojawia się w redakcji Daily Planet (Oklepany dramat, piękna kobieta wzdycha do superbohatera podczas gdy ludzkie alter ego jest ignorowane, to cena jaka płaci bohater za anonimowość ludzkiej postaci, patrz Spider-Man, Batman). Larance Fishburne jako Perry White? Jakaś pomyłka Perry powinien być biały, kolejne złamanie aksjomatu (no dobra w Avengersach mnie to tak nie zirytowało, kiedy zrobiono to Nickowi Furemu, ale to ze względu na mój brak przywiązania i znajomości podstawowych komiksowych oczywistości Avengersów).
Ten film miałaby u mnie spokojne 8/10, jeśli nie więcej, gdyby jednak przede wszystkim nie takie rozwiązanie wątku Lois (Czyżby też zapomniano, że Lois Lane powinna być brunetką? Amy Adams nie jest złą aktorką, ba nawet z kilkoma nominacjami do Oscara na koncie, ale pewnych rzeczy jak tu narzekam nie wolno absolutnie zmieniać). Gdyby generalnie nie było tej postaci, Człowiek ze Stali byłby doskonałym początkiem trylogii, w której pojawia się właśnie na początku Superman – kosmita, który dopiero potem przebiera się za człowieka. Wszystko byłoby świetnie, gdyby Lois nie pojawiła się na statku kosmicznym, gdyby nie odszukała tajemniczego chłopaka ratującego ludzi, zmieniającego tożsamości nie dotarła do Marthy Kent. Czemu? Czemu?! Lois Lane nie wie kim jest Superman. Bohaterowie muszą ukrywać swoją ludzką tożsamość! Czy tak trudno to zapamiętać jak fakt, że Superman musi mieć czerwoną pelerynę, doskonały słuch, laser w oczach i rentgenowski wzrok? Na plus, jak większość opinii uznaję fakt, że nauczył się i nie nosi się gaci na wierzchu (patrz setki memów z tym związanych). Kupuję tego Supermana i chętnie zobaczyłabym go w Lidze sprawiedliwych. Mimo wszystkich narzekań daję filmowi aż mocne 7/10 mimo tego rażącego błędu Lois, mroczne wersje bohaterów są w modzie i ponieważ jak Pani kapitan na końcu zauważa, „on jest niezłym ciachem” (od dziś Henry`ego Cavilla mam na liście aktorów, których kolejne filmy na pewno trafią na moją listę do obejrzenia). [Tak przy okazji obsada w tym filmie doprowadziła mnie do refleksji, że chyba się starzeję, jeśli aktorzy, których pamiętam jako amantów i bohaterów stają się postaciami drugoplanowymi, wcielającymi się w ojca (Russell Crove, Kevin Costner), Diane Lane staje się matką dorosłego syna].

SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Po tym jak Superman zostaje wydany Zodowi. Lois Lane również zostaje zabrana na statek kosmiczny. Tam Kal-El jest bezsilny, ponieważ na statku obowiązuje grawitacja Kryptona. Lois podłącza klucz do kokpitu w statku i ukazuje jej się Jor-EL, który pomaga jej uciec ze statku i przekazuje informacje jak pokonać Zoda. Ludzie zaufali Supermenowi, pomagają mu przenieść kapsułę, której przybył na ziemię, która może doprowadzić do wytworzenia czarnej dziury przy kontakcie ze statkiem obcych. Statek kosmitów zostaje zniszczony. Superman walczy z Zodem. Ostatecznie go pokonuje (skręca mu kark) gdy ten grozi zabiciem ludzi. (Dramatyczna udana scena). Superman wybrał ludzi. Clark postanawia udać się do miasta, zostać reporterem, by nie było dziwne, gdy nagle znika, gdy coś się dzieje. Wchodzi do redakcji Daily Planet jako nowy reporter. Lois udaje, ze go nie znal. Koniec. Mogli darować sobie to zakończenie w gazecie…

wtorek, 18 czerwca 2013

Kac Vegas 3- Wataha po raz ostatni razem

Nim wybrałam się z małym opóźnieniem w stosunku do premiery do kina zdążyłam już nieco usłyszeć i poczytać pierwsze recenzje Kac Vegas 3.  Opinie nie były zbyt pochlebne, ani entuzjastyczne. Jednym głosem wszyscy stwierdzali, że to już nie to samo i tego Kaca w tym Kac Vegas już nie ma. Prawda to i się z tym oczywiście muszę zgodzić. Bohaterowie tym razem nie biorą udziału w wieczorze kawalerskim i nie muszą szukać zaginionego uczestnika nocnej zabawy odtwarzając kolejno szalone wydarzenia z poprzedniej nocy. Nikt po pijaku nie zrobił sobie tatuażu, nie towarzyszyło im w perypetiach zwierzę (ani dziecko), Stu na szczęście nie dowiedział się o niczym, co mógłby dodać na listę swoich traumatycznych przeżyć i faktów, o których nigdy, ale to nigdy nie będą wspominać. Tym razem wataha musiała się zebrać i przyjechać na „interwencję” by pomóc Alanowi w trudnym dla niego momencie (Rodzina postanowiła wysłać go do „ośrodka” w którym mu pomogą). Początek trzeciej odsłony zapowiadał się na kino drogi, które skojarzyło mi się z filmem Zanim odejdą wody z również Galifankisem i jasnym się stało, że owszem Kaca i odtwarzania wydarzeń szalonej nocy tym razem nie będzie.



[Dalej możliwe spoilery dotyczące Kac Vegas, Kac Vegas w Bangkoku]

Jednak moim zdaniem ta seria jest doskonałym przykładem na stosowanie tego samego schematu fabularnego uzupełnianego w każdej części innymi wymienialnymi elementami (kolejnymi wpadkami, gagami i głupotami). Scenarzyści są niezwykle pomysłowi i dla mnie ten film to świetny przykład kreatywności w obrębie utartego schematu. W części pierwszej wataha poszukiwała pana młodego, który jak się na końcu okazało był uwięziony na dachu, w dwójce poszukiwanym kompanem był brat panny młodej ostatecznie uwięziony w windzie. Nad ranem w jedynce w łazience znaleźli tygrysa, w dwójce była to małpa. Stu w Vegas ożenił się z prostytutką i wyrwał sobie zęba, w Bangkoku miał okazję zapoznać się bliżej z prostytutką o „egzotycznych wdziękach” i zrobił sobie na twarzy tatuaż., itd. W części trzeciej ten schemat również jest kontynuowany. Ponownie Doug nie bierze udziału w całej szalonej wyprawie. W jedynce był uwięziony na dachu, w dójce nie brał udziału w szalonym wieczorze, ponieważ wcześniej opuścił towarzystwo i nie zjadł pralinek, w trzeciej części jest zakładnikiem. Zostaje powtórzony motyw „odnalezienia Chow” by odbić zakładnika (jak w Kac Vegas w Bangkoku). Nie obyło się bez wizyty na posterunku policji (motyw obecny w każdej części). Powtórzono uwięzienie Chow w bagażniku i wiele, wiele innych elementów prawdopodobnie, które można by wypisać przy okazji dokładniejszej analizy wszystkich części.

Jest to ponoć zakończenie trylogii, w którym historia zatoczyła koło (finał przygód ma miejsce ponownie w Vegas, wataha spotyka się z bohaterami z części pierwszej). Dla mnie to wciąż świetna rozrywka, z humorem czasami co prawda nieco przekraczającym granice „przyzwoitości” (Żyrafa z początku, kurczaki) i tym razem może mniej zabawnym – na trzeźwo pakują się jedynie w kolejne kłopoty, a głównymi prowodyrami szaleńczych poczynań pozostają jedynie Alan i Chow. Wciąż jednak Kac Vegas to dobra komedia 7/10.


SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Willa, którą obrabowali była Marshalla. Chow ukradł drugą cześć złota i zostawił watahę. Marshall daje im kolejną szansę na przyprowadzenie mu Chow, inaczej Doug zginie. Wataha podąża za Chow do Vegas, tam po perypetiach w hotelu udaje im się go złapać i wpakowują go do bagażnika, wiozą na spotkanie z Marshallem. Marshall strzela do bagażnika, otwiera go, bagażnik okazuje się pusty. Chow wychyla się przez otwór w dachu i zabija Mrshalla i jego goryla. To Allan ruszony wyrzutami uchylił ściankę między bagażnikiem a tylnym siedzeniem. Pakują trupy do bagażnika i grupa przyjaciół żegna się z Chow. Allan odwiedza dziewczynę z lombardu. Pól roku później wataha spotyka się na ślubie Allana z Cassie. Idą grupą korytarzem na ślub. Koniec…..po napisach końcowych scena: budzą się nad ranem w podobnej scenerii jak na początku każdej części (motor w ścianie, chaos w pokoju), Stu wychodzi z łazienki śmiejąc się, że ma na sobie damskie majtki. Przyjaciele mówią mu, żeby spojrzał w dół. Stu miał damskie piersi! Phill pyta jak to się stało. Allan mówi, że tort weselny był od Chow. Z łazienki wychodzi nagi Chow. W tej części też był Kac! KONIEC

sobota, 15 czerwca 2013

Ryan Gosling – pomaratonowo Tylko Bóg wybacza, Drugie oblicze

Ryan Gosling stał się już na tyle popularnym aktorem, że nawet zorganizowano w Multikinach noc dedykowaną właśnie jemu. Jaki aktor może się tym pochwalić? EMENEFY zazwyczaj są poświecone filmom jednego reżysera, seriom filmowym, czy gatunkom (maraton SF/ horrorów/ komedii). Jednak Ryan Gosling w tym roku pojawił się w aż dwóch filmowych premierach, a i jego wcześniejszy dorobek jest już całkiem pokaźny. Jest to aktor pojawiający się na ekranie od lat, choć wydaje mi się, że jego kariera nabrała tempa, a i on stał się bardziej popularny i rozpoznawalny z imienia i nazwiska dzięki Pamiętnikowi (najlepsza moim zdaniem ekranizacja powieści Sparksa, więcej tutaj). Kto by kojarzył tego bardzo dobrze obecnie zapowiadającego się aktora z takim serialem jak Na fali, czy Młodym Herkulesem? Jest to jednak aktor, który zaczynał karierę w latach dziewięćdziesiątych. Na wielkim ekranie partnerował tak znanym gwiazdom jak Sandra Bullock (Śmiertelna wyliczanka), Anthony Hopkins (Słaby punkt)  i Geroge Clooney (Idy marcowe), Przy okazji Oscarów 2012 mówiło się o sporym zaskoczeniu, że nie został nominowany za rolę w filmie Drive (nominowany do Globa). Zyskał on również rzeszę fanek dzięki filmowi Kocha,lubi, szanuje (scena z Photoshopem, jedna z lepszych komedii romantycznych ostatnich lat jakie widziałam), która jest raczej wyjątkiem od reguły w „kluczu” wyboru ról filmowych Goslinga. Wybiera on raczej produkcje nieco bardziej „ambitne”, nietypowe.



Taką pozycją niewątpliwie jest Tylko bóg wybacza. Jest to kolejny film Nicolasa Vending Rena, reżysera Drive. Może za wcześnie jest by mówić, o jego stylu, ale są to filmy w swej estetyce, sposobie kręcenia, ujęcia kamer i brutalności do siebie podobne (przy okazji Drive mówiło się o pewnych podobieństwach do filmów Tarantino w aspekcie brutalności, tylko że tutaj wszystko jest bardzo na serio, bez nawet odrobiny ironii, czy dystansu, oparte na powolnych ujęciach kamer i niedopowiedzeniach). Samą fabułę filmu Tylko bóg wybacza da się streścić w kilku zdaniach i maksymie: Oko za oko, ząb za ząb, śmierć za śmierć. Jedna śmierć na początku filmu wywołuje serię kolejnych morderstw-zemst w Bangkoku. Cały sens i esencja tego filmu kryją się w naprzemiennych ujęciach kamer, w których wydaje się, że bohaterowie na siebie patrzą, gdy tymczasem znajdują się w zupełnie innych miejscach, pomieszaniu jawy/wyobrażenia z rzeczywistością i grze spojrzeń. Ryan Gosling w tym filmie wypowiada właściwie kilka zdań. Cała jego gra opiera się właściwie na kamiennym wyrazie twarzy, pustym spojrzeniu. Więcej mówi w tym filmie mimika tego bohatera niż jego słowa. Zdecydowanie jest to film potwierdzający, że Gosling jest aktorem z ogromnym potencjałem. Sztuką jest gra w oparciu o minimum środków wyrazu. Ren potrafi widocznie wydobyć z aktorów ich potencjał, ponieważ na uwagę również zasłużyła Kristin Scott Thomas, która w tym filmie miała chyba najwięcej kwestii do wypowiedzenia i stworzyła niezwykle wyrazistą postać matki dwóch braci. Tylko Bóg wybacza to zdecydowanie film nie dla wszystkich. Wyłącznie dla osób, którym wcześniej spodobał się Drive (ja nie należałam do tego grona), lubiących filmy oparte na grze obrazów i niedopowiedzeń, fanów „przemocy z kina azjatyckiego”. Potrafię docenić dobrą grę aktorską, jednak fabularnie było to dla mnie za mało 6/10 bardzo subiektywnie.



Natomiast Drugie oblicze to dramat społeczny obrazujący trzy powiązane ze sobą historie, podejmujący temat biedy, która rodzi biedę, ojcostwa, ambicji, poczucia winy, wewnętrznej determinacji, zmagania z sumieniem i sytuacji bez wyjścia. Co zrobić, gdy nie ma się perspektyw lepszych zarobków, a trzeba zarobić na rodzinę? Czy należy postąpić słusznie i zdradzić przyjaciół?
Ponownie, ciekawe zdjęcia (sceny jazdy w lesie) i bliskie ujęcia twarzy, które skupiają całą uwagę widza na bohaterach i uczuciach, z którymi się zmagają. Luke (Ryan Gosling) jest kaskaderem pracującym w wędrownej grupie cyrkowej, który nosi wyciągnięte na lewą stronę ubrania, pstrokate spodnie i nie ma swojego miejsca, żyje ciągle w drodze. Gdy wraca do miasteczka, gdzie był rok wcześniej dowiaduje się, że ma syna. Postanawia zostać, zmienić się, być częścią życia swojego syna. Tym samym zmienia los pewnego policjanta (Bradley Cooper). Jedna decyzja może zmienić życie kilku osób.
Gosling ponownie bardzo dobrze zagrał, w oczach lubiącego ryzyko bohatera można dostrzec determinację i uczucicie jakim darzy syna. Natomiast Cooper wciąż pozostaje dla mnie bohaterem KacVegas. Niestety, nie rozumiałam jego nominacji do Oscara za Poradnik pozytywnego myślenia a i w tym filmie mnie nie zachwycił. Wciąż jeszcze szufladkuję go jako bohatera komediowego. Rola w Drugim obliczu nie zmieniła mojego postrzegania tego aktora. Film dzięki tylko tej obsadzie uznaję za dobry, nieco na wyrost 7/10. Temat trochę nie dla mnie, ale realizacyjnie dobre kino.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE TYLKO BÓG WYBACZA
W skrócie cały film: Billy, brat Juliena gwałci i zabija nastolatkę. Policjant pozostawia ojcu nastolatki wolną rękę. Zostawia go z Billym w pokoju. Billy zostaje zabity. Policjant za zabicie Billego obcina ojcu dziewczyny rękę-to miała być jego kara. Julien odnajduje mordercę brata, wysłuchał go i darowuje mu życie. Do Bangkoku przyjeżdża matka braci, żąda zemsty. Wynajmuje ludzi, którzy zabijają mordercę jej syna i próbują zabić policjanta, który brał w tym udział. Policjantowi udaje się przeżyć. Potem on się mści. Ostatecznie zabija matkę, podczas gdy Julian z wynajętym zbirem w jego domu miał zabić jego rodzinę. Julian darowuje życie małej dziewczynce. Na końcu jest scena w której Julien wystawia ręce, a policjant zamachuje się mieczem by je obciąć, ale pozostaje to w domyśle.

SPOILER-ZAKOŃCZENIE DRUGIE OBLICZE

Film składa się z trzech części. Historia Luka, policjanta i ich synów. Glenowi podczas kolejnego napadu na bank nie udaje się uciec. W sytuacji bez wyjścia z domu, w którym się schował dzwoni do Rominy, przeprasza ją i mówi, by nie mówiła o nim ich synowi. Młody policjant ścigał Luka, wyważa drzwi, strzela do Luka, ten mu odpowiada i rani policjanta, Luke wypada przez okno i ginie. Policjant zostaje bohaterem, wszyscy mu gratulują, jego ojciec sugeruje, że może być to furtka do kariery. Koledzy z pracy zabierają Avery`ego na akcję. W domu Rominy znajdują pieniądze pozostawione przez Luka. Dzielą się nimi. Potem inni policjanci oczekują przysług od Avery`ego. W biurze Avery nie dostaje oczekiwanego awansu. Za radą ojca Avery wydaje kolegów, ich korupcyjne poczynania, prokuratorowi w zamian za awans, pod groźbą pójścia do prasy. 15 lat później Avery kandyduje na gubernatora. Jego syn przeprowadza się do niego (rozwiódł się z żoną). Chłopak ma problem z narkotykami. Syn Avery`ego w szkle poznaje syna Luka, zmusza go do dostarczania mu narkotyków. Syn Luka dowiaduje się prawdy o swoim ojcu i Averym. Idzie z bronią do domu Avery`ego. Ogłusza chłopaka, a gdy Avery wraca do domu grozi mu bronią i zmusza by pojechał z nim do lasu, gdzie planował go zastrzelić. Chłopak nie zabija Avery`ego, zabiera jego portfel i ucieka. Kupuje motor, matce wysyła ich rodzinne zdjęcie, które znalazł w portfelu policjanta. Avery zostaje gubernatorem.

niedziela, 9 czerwca 2013

Kwartet – starość nie jest dla cykorów

Samodzielny debiut reżyserski Dustina Hoffmana wpisuje się w ostatnią tendencję wszechstronności aktorów. Angelina Jolie wyreżyserowała Krainę miodu i krwi, Ralph Finnes Koriolana, nie dziwi mnie więc już fakt, że i Hoffman stanął za, a nie przed kamerą. (Jak nie ignorować tej tendencji skoro Oscarowym najlepszym filmem tego roku była Operacja Argo wyreżyserowana przez Aflecka, co jak co, ale również aktora?). Hoffman jednak nie wziął się za poważne tematy (i chwała mu za to), ale wyreżyserował lekki film o spokojnej starości…muzyków.



Akcja rozgrywa się w domu starości dla muzyków, śpiewaków operowych i wirtuozów instrumentów. Ich codzienność opiera się na spacerach, grze w krykieta i wspólnym śpiewaniu, przygotowywaniu występów na wielką galę z okazji rocznicy urodzin Giuseppee Verdiego, z której to wpływy mają pomóc w finansowaniu ośrodka. Jednak w tym przypadku to nie szablonowa fabuła opierająca się na determinacji grupy ludzi do zdobycia pieniędzy dla dobra ich wspólnego domu jest tu głównym tematem. To przede wszystkim muzyka, ta klasyczna, powszechnie rozpoznawalna (nie jestem melomanem, ale w filmie rozbrzmiewają powszechnie kojarzone muzyczne operowe motywy) i życie tych emerytowanych gwiazd opery, ich problemy, niedogodności związane ze starością i dawne nieporozumienia. To urokliwy i przezabawny obraz, gdy w rytm operowej muzyki niespiesznie na krzesełkowym wyciągu staruszek zjeżdża ze schodów, inny prasuje ubranie, ktoś irytuje się, że nie dostał odpowiedniego dżemu na śniadanie, inni uczą się tańczyć merangue (chyba), stary podrywacz nieustannie zaczepia panią doktor a nowo przybyła pensjonariuszka na wszystko narzeka (To nie dom spokojnej starości, to dom szaleńców).
Przezabawne dialogi, wspaniała muzyka są odpowiednio zbilansowane ze scenami dotyczącymi aspektów starości. Jak przystało na doświadczoną filmową obsadę aktorzy zagrali świetnie. Maggie Smith (Profesor McGonagall z Harrego Pottera,  hrabina Grantham z Downtown Abbey) znakomicie gra wyniosłe damy (bardzo podobna role odgrywała w Hotelu Marigold), ale dorównują jej również pozostali bohaterowie filmu. (Billy Connoly, Tom Courtenay, Michael Gambon – nazwiska może nie od razu rozpoznawalne, ale przy ich bogatej filmografii widziałam każdego z nich w kilku innych produkcjach). To dobry „emerycki” film i moim zdaniem udany, aczkolwiek niezbyt ambitny debiut Hoffmana. 7/10 polecam, dla wszystkich, w tej „kategorii" o oczko lepszy Hotel Marigold.


Dzieła sztuki są bezgranicznie samotne i nic nie może mieć na nie tak małego wpływu jak krytycyzm

SPOILER-ZAKOŃCZENIE

Udało im się przekonać Joan do wystąpienia w kwartecie. Na koniec tuż przed wyjściem na scenę Reggie proponuje Joan ślub. Wychodzą na scenę. Koniec. Śpiew z Rigolleta słyszymy w trakcie napisów końcowych.